Wyróżnienie w XVII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Szaloma Asza


– Poszedł…! Poszedł stąd! Czego chcesz? Nie mam nic dla ciebie. Idź sobie!

Że też się przyczepił… Tylu ludzi wokół a ten do mnie…, mnie sobie akurat upatrzył! Posiedzieć spokojnie na ławce nie da. Stoi i się gapi jakby się spodziewał, że coś mu dam. Ledwie siadłem a tu – proszę – muszę się zbierać. Jeszcze ktoś pomyśli, że mój i pretensje będzie miał, że bez smyczy, bez kagańca… Strażnika albo i policjanta na głowę mi ściągnie. A jak pójdzie za mną? Eee… może nie pójdzie… Dlaczego miałby iść? Ja w każdym razie idę.

A jednak! Lezie… Normalnie wlecze się za mną!

– Idź sobie! Nie mój jesteś. Obrożę masz, więc swojego pana szukaj, albo i pani… No… dalej, jazda…!

Nic sobie nie robi, kundel jeden…

Kamienia wziąć, rzucić…? Nie wypada… Ale jak tak uważniej się przyjrzeć, to do mojego dawnego Kwintusa podobny. Prawie jak on! Te spiczaste uszy i ciemna plamka pod okiem, no i krawacik, krawacik biały jest! Zupełnie jak u niego… I taki jeszcze jakby …rozdwojony – zabawny chociaż smutny zarazem. Mój Kwintus był taki. Ale kiedy to było…! Dawno, dawno temu… Miałem wtedy może z dziewięć, dziesięć lat… Niemożliwe by teraz wrócił. Psy nie żyją tak długo. Zresztą on zaginął, pobiegł za tory, choć wołałem za nim, by wracał. Tyle razy tłumaczyłem, że za tory się nie chodzi, że tam nic nie ma. Ale on uparty był. W tamtą stronę zawsze patrzył i warczał, jakby jakieś złe się kryło. I silny był. Nie utrzymałem go wtedy, wyrwał się tak, że tylko smycz została mi w rękach. Mam ją do tej pory, wisi w domu, w przedpokoju, na wieszaku. Sam nie wiem po co…

– Kwintus…? Ej…, Kwintus…? Kwintus!

***

– Poczekaj! Stój…! Zaraz…, tylko otworzę drzwi. Nie skrob! Zawsze taki niecierpliwy. Jaki do wyjścia taki i do domu. Byle szybko i szybko… Bez opamiętania. Pewnie już na kanapę ci się spieszy… Co za pies…! No już. Właź. Stój! Czerwone światło! Zapomniałeś o łapach? Musimy wytrzeć. Do przedpokoju, ale już! Z powrotem! Na szmatę! Kwintus! Co mówiłem?! No…, dawaj. Jedna – raz! Teraz druga. No i tył… Jezzzzu! Gdzieś się tak ufajdał? Długi spacer jednak ci nie służy. Zdecydowanie. Jutro nie będziemy się tak do późna szwendać. I już cię nie spuszczę, nie ma mowy! Nie będę cię codziennie kąpać i wanny brudzić! No, co tak patrzysz…? Powtarzam ci, że nie i już! Będziesz wyłącznie na smyczy. Od drzwi do drzwi! Tak właśnie! I proszę mi tu nie skamleć! O żadnych negocjacjach mowy nie ma. Chyba, że… Dobrze. Niech będzie! Jeśli rano o wszystkim zapomnę masz szansę. Jedyną! Proszę, tu woda dla ciebie…, pij. No…, dlaczego nie pijesz? Nie chcesz…?

***

– Kwintus, widzisz tę kobietę? Co tak głupio łbem kręcisz? Przecież jedna jest. No tam…, siedzi na ławce, papierosa pali. Jakaś taka nerwowa, rozgląda się. Czeka pewnie na kogoś, a ten nie przychodzi, spóźnialski. Może zmienił nagle plany, rozmyślił się albo coś go niespodziewanie zatrzymało…? Jak obstawiasz? Ej, Kwintus, słuchasz mnie? Twierdzisz, że jest korek na mieście, tak? Dobrze. Przyjmijmy, że to będzie twój powód. A jeśli ten ktoś jednak przyjdzie, ciekawe, kim się okaże? Prawda? Ja myślę, że to będzie facet. Bezwzględnie! Ty wiesz, że jak kobieta czeka w nerwach to zawsze na chłopa! Odwrotnie zresztą też. Facet czeka zwykle na kobietę! Taki parytet płci w czekaniu. Ty wiesz, ile ja się w życiu na baby wyczekałem? Ile czasu przez nie straciłem? W miesiącach można by liczyć! Bo na czekaniu, piesku, prawdziwe życie polega. Tak. Ty też czekasz. Tyle, że masz dwie opcje: albo na michę albo na spacer. I to w końcu dostajesz! Co się dziwisz? Może nieprawdę mówię? Masz lepiej niż ludzie. Zdecydowanie. Bo u ludzi, kolego, tak nie jest. Nie, nie… Zwykle to, na co tak naprawdę ludzie czekają, nigdy nie nadchodzi! Taki urok. No! Więc teraz będzie tak, że ten spóźniony mężczyzna podejdzie szybkim krokiem, a może nawet podbiegnie, kto wie? Złoży ręce w przepraszającym geście, albo raczej bezradnie je rozłoży, że mu jakieś okoliczności nie pozwoliły być na czas. Pewnie i tak będzie kłamać… Wiem coś o tym… He, he … Przywitają się jakoś, a może nawet pocałują i w pośpiechu odejdą. Chyba, że ona wcześniej strzeli mu jakąś wychowawczą mowę: – Zegarka nie masz?! Ty wiesz ile już na ciebie czekam?! Kobiety tak lubią, a już zwłaszcza nauczycielki. Wykorzystają każdą okazję by zjebać faceta. Kwintus! Nie kładź się! Siad! I patrz uważnie! Że też nic cię nie interesuje…! A ty co? Jak myślisz? Że przyjdzie raczej kobieta? Tak? Dobrze, przyjmijmy, że ty obstawiasz kobietę, koleżankę. Że obie mają dokądś iść. Tak. Póki co umówiły się w parku, a potem, jedna drugiej, będzie gdzieś towarzyszyć. Załóżmy, że wybierają się do …lekarza. Na przykład do …ginekologa! Tak! Ta z papierosem chce usunąć ciążę. Stąd te nerwy. Co…? Że za stara?! Kwintus, ona nie ma więcej niż czterdziestkę! Nie ziewaj mi tu! Kwintus! O, ja cię! Widziałeś?! Peta rzuciła! Normalnie pstryknęła palcami przed siebie. I to gdzie? W parku, na środek ścieżki! Przecież to publiczne miejsce, ludzie chodzą, dzieci! A kosz obok. Widzisz? Mandat się jej należy, nie uważasz? Ja po tobie zawsze sprzątam, ale pewnie jakbyś do tej baby należał, zostawiłaby nasrane na środku. Chciałbyś taką panią? Co? Kwintus…? Nie? No pewnie! Nie oddamy pieska, nie oddamy komuś takiemu, co śmieci. Nie! No, daj łapę! Dobry pies, dobry…

Widać jakby się już pogodziła, że on nie przyjdzie. Zaraz wstanie, zobaczysz, i sobie pójdzie. O proszę…, komórkę wyciąga. Sprawdza coś. Pewnie, czy wiadomości jakiejś nie ma. He, he… no i nie ma! Widziałeś jej minę? Popatrz, papierocha drugiego przypala! Stres ją zżera, wyraźnie. Kwintus! A gdzie ty… lecisz? Cholera, rozwiązał się… Kwintus! Wracaj…! No i muszę za nim biec… Nie dowiem się, na kogo ta baba czeka, już nie dowiem…

***

– Kwintus, przestań! Uspokój się! Nie skacz mi tu, zostaw, zostaw siatkę! Następnym razem w domu będziesz czekał, a nie przed sklepem. Więcej nie zabiorę, mowy nie ma! Dobrze…, zaraz wyjmę i kawałek ci dam. Poczekaj, tylko rozwinę papier i odgryzę. Ależ ty niecierpliwy jesteś! No już. Masz, masz… Co…? Nie chcesz?! Chyba cię pokręciło! Spróbuj, przecież chciałeś… Do pyska nie weźmie, nie spróbuje, tyfus jeden… Przecież dobra kiełbaska, krakowska, świeża… Co ci nagle nie pasuje?! Brzydzisz się po mnie? Tylko zębami odgryzłem, nie pośliniłem… Już nie chcesz? Proszę, nawet nie powącha! A może śmierdzi ci, co…? Dobrze! Gówno będziesz jadł nie kiełbasę. Sam zjem. Zobacz… No, patrz na mnie! Kwintus… Hmm… ale kiełbaska dobra..! Przepyszna! Głupi pies… W takim razie nie będzie spaceru! Idziemy od razu do domu, starą pasztetową będziesz żarł.

***

– Kwintus, czy ty naprawdę musisz się tak łasić do tej baby? Powiedz mi, co to dzisiaj było? Co za merdanie ogonem na jej widok? Czy ty widziałeś bym się Żółcińskiej kłaniał, uśmiechał do niej? Czy ty słyszałeś żebym jej „dzień dobry” kiedy mówił? Kwintus, nie odwracaj mordy. Popatrz na mnie. Co ci się w niej tak podoba? Coś w niej takiego wyniuchał? Może kiszkę wątrobianą? Co? Jak chcesz kiszkę, to ci kupię. Wbij sobie do łba, że my nie możemy się do kogoś takiego porównywać, Kwintus. Do takiego, co źle o twoim panu mówi. Mądry pies odróżnia, kto przyjaciel, kto wróg. Na taką, jak ona, warczy, szczeka, ugryźć by zaraz chciał. I ty masz tak robić, zapamiętaj sobie! Oj, Kwintus, Kwintus…, tresura by ci się dobra przydała. Najlepiej taka policyjna. Zobaczysz, jeszcze ja cię wytresuję! Wcześniej nie umiałem, ale teraz wiem co i jak. No…, co tak łeb zwiesiłeś? Chyba dotarło, że pan prawdę mówi, dotarło? Kwintus? No już dobrze. Nie, nie dam pieska tresować, nie dam… Ale pamiętaj, jak Żółcińską wyczujesz zaszczekaj chociaż, pokaż, żeś mądry pies i na ludziach się znasz. Ty w ogóle nie szczekasz…

***

– Kwintus, aport! No, Kwintus, goń po patyk! Przynieś! Aport!

Stoi i się gapi… Co za tuman! Muszę sam przynieść.

– Zobacz, gamoniu tak trzeba. Pobiec i przynieść, jak ja… Patrz na mnie, Kwintus… Biegnę po kijek….!

O jej…, siły już nie mam… Odsapnąć muszę… To jeszcze raz.

– Uważaj i patrz na mnie. Kwintus, tutaj patrz! Nie tam… Zobacz, mam patyk, pluję na niego, tfu… o… Teraz ty wąchasz… No, wąchaj patyk, Kwintus, wąchaj. Dobrze! I teraz patrz, rzucam… Aport, Kwintus! Aport! Biegnij! Przynieś panu…! No, tam, tam…!

– Halo! Co pan robi?! Tak, do pana mówię! Dlaczego pan tym kijem wywija? Mało mnie pan w głowę nie walnął! I dzieci tu są. Ślepy pan? A może chory pan jesteś, czy co?!

– Tu tresura się odbywa, kobieto. Tu się nie chodzi! Nie widać, że pies aportuje? Nie widać…?! Sama pani ślepa!

– Stary wariat! W łeb się lepiej walnij tym kijem!

***

– Kwintus…, przesuń się, no już…! Kanapa należy do mnie, tobie jej tylko wydzielam na niej miejsce. A ty znowu robisz to co zwykle – rozpychasz się, a mnie się to nie podoba! No, co masz taką minę? Śmiejesz się, czy szydzisz? Co ma znaczyć ten wywalony jęzor? To że mieszkamy razem nie znaczy, że wszystkim dzielimy się po równo. Może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale nie siedzimy na tej samej gałęzi ewolucji. Nie zapominaj, Kwintus, że to ty masz cztery nogi i ogon. Jesteś psem, Kwintus, a ja jestem człowiekiem! Mózgi mamy inne! Twój do mojego nawet się nie umywa!

Ej, ty! Co to ma znaczyć?! Mścisz się? Zachowuj się! Nie będę siedział w smrodzie! Czegoś ty się nażarł? Przy śmietniku coś znalazłeś? Ja byle czym cię przecież nie karmię… I nie myśl sobie, że wcześniej nie poczułem. To twoja nie pierwsza próba, Kwintus! Masz wiatry to złaź stąd, już! Pod ławę!

O, popatrz, sms przyszedł, od syna. I to kiedy?! O… już godzinę temu… Zupełnie tych dźwięków nie słyszę… Kiedyś, jak telefon zadzwonił, to po całej klatce echo niosło, nie to co teraz. Jakieś ciche pi, pi… Napisał, że dzisiaj przyjdzie… Która to godzina…? Dochodzi osiemnasta! Kwintus, on zaraz tu będzie! Słyszysz? Janusz zaraz będzie! Ech, nic cię to nie obchodzi…

Chodź, wstawaj…! Idziesz do sypialni. Ale już! On cię nie może zobaczyć. Właź tu i pamiętaj – nie drapiemy w drzwi, nie szczekamy, nie skomlimy i nie wchodzimy na łóżko. Pamiętaj! Jak potrzebę masz, trudno, musisz wytrzymać. Janusz sobie pójdzie to wyjdziemy, obiecuję…

*

– Co tam u taty? Bierze tata leki?

– No przecież… O popatrz… takie mam i takie… O, a te niebieskie – przed snem łykam, to jeszcze dziś nie brałem, za wcześnie.

– Żeby tylko tata nie zapomniał…

– No coś ty…! Specjalne pudełko mam, z przegródkami, to sobie w nie wkładam. Na cały tydzień…

– A pieluchomajtki? Ma jeszcze tata?

– Jakie znowu …pieluchomajtki?

– No…, pampersy znaczy się. Są jeszcze? Miesiąc temu duży zapas kupiłem… Zakłada je tata w ogóle?

– Zakładam, zakładam… Nie martw się, nie martw…

– Wcale nie martwię, tylko zmieniać trzeba, nie w jednych cały czas. I te spodnie wartałoby czasem przeprać. Ciągle widzę tatę w tych dresach…

– No… bo wygodne są.

– To drugą parę trzeba by kupić. Na zmianę by były… Jedne do prania, a, drugie czyste, na dupę….

– Trujesz Janusz, jak matka. Zupełnie jak ona… I wulgarny jesteś tak jak ona. „Na dupę…!” – co za słowa…!

– A nie nudzi się tata?

– A gdzież tam…! Na spacer codziennie chodzę, do sklepu… Proszę, telewizor gra to popatrzę. Wiesz, nawet ciekawe programy ostatnio… O, i gazeta leży… to sobie poczytam…

– Gazeta? Teraz mało kto gazety czyta, wie tata?

– Poważnie…?

– Wszystko jest w internecie, tato. Nie trzeba papierowych wydań kupować.

– Phi…, też mi…, w internecie…! Gazeta, to gazeta! Zawsze się potem przyda. Buty mokre postawić na czym, jak nie na gazecie, Gazeta, proszę ciebie, najlepiej wilgoć wyciągnie! A zapakować coś, okno uszczelnić…

– A co to za gazetka…? Rzucę okiem… Tato, ona jest sprzed dwóch miesięcy!

– Tak…? Aaa…, bo ją sobie …odłożyłem. Dla Żółcińskiej. Chciała przeczytać.

– Dla Żółcińskiej? Miałeś przecież jakąś obsesję na jaj punkcie…

– Obsesję? Janusz, jaką znowuż obsesję?

– No… nie darzyłeś jej szczególną sympatią, tato. Zaraz…, jak ją nazywałeś…? Prukwa?

– Co ty opowiadasz…, Janusz! Jaka znowu prukwa?! Nigdy o kobietach tak się nie wyrażam. A Żółcińska, to całkiem miła osoba… Wiesz…, ona ostatnio źle stoi finansowo, mówiła mi, że wszystko wydaje na leki, więc postanowiłem się z nią czymś podzielić. O, choćby i …gazetą. Co mi tam… Ty wiesz ile teraz kosztuje byle gazeta…?! Janusz! Nie kupujesz, to nie wiesz. A w tej ciekawy artykuł jest… o morderstwie. Żółcińska lubi takie tematy… Wyobraź sobie, że sprawca był chórzystą. Tak! I to z kościelnego chóru! Zamordował zakonnicę. Świecznikiem! Był ponoć drażliwy na punkcie swojego głosu, a ta zaśmiała się, że beczy jak baran i wystarczyło. Masakra, proszę ciebie, masakra! Kilka razy ją tym świecznikiem w głowę walnął. Odciągać go musieli, bo w szał wpadł.

– Tato…, proszę…

– A jeśli myślisz, że nie mam nowszej to się mylisz, zaraz ci przyniosę… Świeższą gazetę mam w kuchni. Poczekaj… Przy śniadaniu sobie zwykle czytam. Gdzież ona jest…

– Pewnie sprzed miesiąca…

– Nie śmiej się, nie śmiej… O, jest…! Zaraz, sprawdzę datę… I proszę, sam zobacz – z piątku! W dodatku z programem telewizyjnym… Ale co tam będziesz gazety czytał…, lepiej poczęstuj się, synku, ciastem, kupiłem w cukierni „U Ani”. No…, spróbuj.

– To jakiś piernik…?

– A…, piernik, piernik…! Jak ja! He, he…

– Ej…, twardy! Jak skała! Kiedy go tata kupował?

– Niedawno, ale synku, bo możesz o tym nie wiedzieć, najlepszy piernik powinien być nawet trochę czerstwy. Czerstwy piernik jest najzdrowszy, Januszku. Może herbatkę ci zrobić? Będzie łatwiej przełknąć…

*

– Kwintus, wyłaź! Już, sobie poszedł… Kwintus! Mówię, że Janusz poszedł! Co to jest?! Co robisz na łóżku? Kto ci pozwolił wejść na łóżko?! I coś ty zrobił…? Nalałeś! Siku na łóżko…?! Zupełnie jak szczeniak! A ty stary pies jesteś! Misję do wykonania miałeś! Ważną misję. Za trudna była? Co? Powstrzymać się nie dało? Na moje łóżko, łobuz, nalał! Mówiłem, żebyś nie właził! Proszę…, całe prześcieradło mokre… Cholera…! Ja ci dam…! Nie uciekaj, Kwintus!

***

– Niepokoisz mnie Kwintus, wiesz…? Kiedyś to od innych psów nie można było cię oderwać. Każdego obszczekać musiałeś, a suce, co cieczkę miała, odpuścić kiedyś byś nie potrafił. Co się tak głupio patrzysz? Prawdę mówię. A swoją drogą, inne psy też jakby cię nie zauważały… A pamiętasz tę małą Mikę Wieczorków? Ledwie zbiegła po schodach, a ty już przy niej. Żadnej intymności. Za grosz, Kwintus, za grosz… I nie kręć mi tu teraz łbem! Ta ich córka Ewunia zaraz wyszła i wszystko zobaczyła. – Co pieski robią? Dlaczego Kwintus wskoczył na Mikę? – pyta. – Chce się z nią bawić, Ewuniu… – tłumaczę i śmiech w sobie duszę. – Bawić? – dopytuje. – Ano tak! Chce żeby go na barana wzięła. – Na barana…? Ale Mika sił nie ma, malutka jest, nie uniesie Kwintusa…

I wtedy stara Laskowska się napatoczyła, z miotłą, by chodnik zamieść. I tą miotłą dalej cię od Miki odpędzać: – Poszedł mi stąd! Ale już! Koniec amorów! A do mnie wcale nie lepiej: – A ty co się, głupi, śmiejesz? Zabieraj stąd swojego kundla! Dziecko patrzy…

Naiwna Ewunia przyszła mi jednak z pomocą: – One się bawią, proszę pani.

– Jeszcze zobaczysz co z tej zabawy będzie, jeszcze zobaczysz…

No i zobaczyła! A jak Mika małe miała, to ciebie już nie było. Zginąłeś, Kwintus…

***

– Kwintus, nie drap się tak! Pchły masz? Pokaż… No i ranę sobie zrobiłeś, głuptasie. Czekaj, zdezynfekować trzeba, przyniosę spirytus. Jakaś przyczyna musi być…. Może uczulenie masz? Infekcja wdać się może.

No, nie ruszaj się teraz, nie gryź! Wiem, że szczypie. Podmucham… Co…, lepiej? No widzisz… Pokaż jeszcze, gdzie indziej sprawdzę. Proszę, tutaj też… Słuchaj…, ty kleszcza przytargałeś… Kwintus! Cholera! Sam nie wyciągnę, za głęboko siedzi… Nie ma wyjścia, do weterynarza trzeba iść. Co tak patrzysz? Mówię, że jak trzeba, to trzeba. Tak, tak i to zaraz! Co, nie w smak iść? Taki teraz bohater jesteś? Taki? No, zbieraj się, pan doktor nie będzie czekał, a i kolejka może być.

– Podobno doktor Ziętala ma renomę, wiesz? A psy to za nim wprost przepadają. Ogony im się mało nie urwą, tak na widok doktora Ziętali nimi kręcą. Jeden to podobno nawet w powietrzu się uniósł, zupełnie jak helikopter. I nie uwierzysz…! To jamnik był! Tak! Nie wiem, dlaczego ty, tak się opierasz. Chodźże już!

– Kwintus, już nie mam siły cię ciągnąć. Nic nie współpracujesz, a to dla twojego dobra przecież, żebyś zdrowy był. Boreliozy dostaniesz i zdechniesz.

Gdyby gabinet był dalej, normalnie nie dałbym rady…

– No, już jesteśmy, dotarliśmy, udało się… Czekaj, nie szarp! Kartka jakaś wisi, przeczytam… Uspokój się, daj mi tylko okulary wyjąć.

„W okresie 11 – 28 sierpnia gabinet nieczynny z powodu urlopu”.

I z czego ty się tak cieszysz, Kwintus? Z czego…? Jeszcze ogon ci się urwie… Jak ty będziesz wyglądał bez ogona, no jak? Z samą dupą?

***

– Kwintus, co się dzieje ?! Późno, noc jest, daj spać…! Ej, zostaw kołdrę! Zostaw! I cicho bądź, nie szczekaj mi teraz! Ludzie śpią! Czekaj, już dobrze… Mówię, że dobrze! Wygrałeś… Buty tylko włożę, kurtkę…

No, to goń, załatwiaj sprawy, ale szybko… Druga w nocy! Że też psu musi się w takim momencie zachcieć… Rozumiem, że mnie. Dla siebie wyrozumiałość mam. Muszę mieć. Lata swoje robią…. Ale z nikogo kołdry nie ściągam, nikogo nie budzę. Światu nie obwieszczam. Orbi et urbi nie głoszę, że się odlać idę. Sam ukradkiem sprawę załatwiam, nawet światła w łazience nie zapalam. Ale skoro on tak, to od dzisiaj inaczej będzie, oj inaczej! Też będę łobuza budził. A tak! Specjalnie! Niech nie ma pretensji. Może da mu to coś do myślenia. Może da…

– Dobry wieczór. Aspirant Rafał Rachwał. Wszystko w porządku u pana? Bo widzę w kapciach pan, w spodniach od pidżamy… a środek nocy…

– Pies, panie władzo… Pies mnie z domu wygnał, potrzebę miał, to wyprowadzić go musiałem.

– A gdzie ten pana pies?

– Tam, za śmietnik pewnie pobiegł. Sam pan, panie władzo wie, że pies zanim swoje miejsce znajdzie to…

– Tak, tak…, ale zasady wyprowadzeń obowiązują całą dobę. Psa się samopas nie puszcza. Na smyczy musi być, w kagańcu. A pan widać ze smyczą w ręku… Pogryzie kogoś, pobiegnie gdzieś, na ulicę wyskoczy i od razu pod koła komuś… Problem będzie. Mandatem by się pana należało ukarać.

– Panie władzo, ale…

– Nie ma „ale”. Wołaj pan lepiej tego psa.

– Teraz…?

– Proszę pana, duży rewir mamy do objazdu, nie będziemy do rana na pana psa czekali, aż się wyszcza, co nie Heniu…?

– Kwintus! Kwintus! Choć! Kwintus!

– I co? W końcu jest ten pies, czy go nie ma?

– No… eee…

– A pite było? Trzeźwy pan? Proszę tu bliżej do mnie, do okna podejść, nachylić się. No, chuchnij pan przynajmniej… Uuu…. alkoholu wprawdzie nie wyczułem, ale zębów to pan chyba miesiąc nie mył, co…? A gdzie pan mieszka? Do domu potrafi pan wrócić?

– Tu mieszkam, tu o…

– Znaczy gdzie? Bo macha pan rękami jak wiatrak. Adres proszę podać albo dokumenty pokazać.

– Adres, adres… zaraz… No… z głowy mi wyleciało… adres… Chyba tutaj gdzieś…

– Czyli dokumentów też nie ma. Nie dobrze, nie dobrze…. A jak się pan nazywa?

– Jasiak… Jasiak Tadeusz.

– Sam pan mieszka, czy z kim?

– Z Kwintusem, z Kwintusem mieszkam…

– A ten Kwintus, to kto? Syn?

– Jak syn…? Pies. Mój pies.

– A…, czyli ten, którego nie ma? Tak?

– Jak nie ma…? On jest. To znaczy on tu był, ze mną… Kwintus ze mną był, panie władzo tylko…

– Heniu, zabieramy pana. Pomóż mu. Zapraszamy pana do środka. Nie do przodu, na tył… Z tyłu siadamy panie Tadeuszu. Heniu, przytrzymaj go…

– Ale mój pies… Bo wie pan, on już kiedyś mi uciekł… za tory. Jak dzieciakiem byłem… No i właśnie wrócił niedawno…

– Słyszałeś, Heniu? Jak dzieciakiem był to mu zginął, a teraz wrócił…, he, he…

Wszystko zaraz na komisariacie wyjaśnimy, a potem pieska znajdziemy.

– Kwintusa.

– Tak, tak… Kwintusa. Ale najpierw się panem, panie Tadeuszu, zaopiekujemy, co nie, Heniu…?

***

– Panie Januszu, mam dla pana lepsze informacje niż ostatnio. Powiem, że stan pana ojca poprawił się znacząco. Mogę zaręczyć, że leki robią swoje.

– Doktorze, to naprawdę świetna wiadomość! A wie pan, że jadąc tutaj miałem bardzo złe przeczucia…

– Naprawdę niepotrzebnie, niech mi pan wierzy. Zastosowane dawki udało nam się, w końcu, dobrać w odpowiednich proporcjach.

– Czyli mogę mieć nadzieję, że ten jak by go nie nazwać… „wymyślony” pies i ojca z nim rozmowy, to już przeszłość?

– Nie do końca, nie do końca… Pana ojciec kilka razy w tygodniu pyta jeszcze, co się dzieje z tym jego …Kwi…, Kwi…

– Kwintusem.

– O właśnie. Z Kwintusem.

– Mam nadzieję, że nie zostaje bez odpowiedzi… Bo wie pan, doktorze, tata jest wrażliwym i czułym człowiekiem, zwłaszcza wobec zwierząt, więc….

– Oczywiście. Nasza pani psycholog udziela pana ojcu szczegółowych informacji na temat tego Kwi…

– Kwintusa.

– Wybaczy pan, ale trudno mi zapamiętać to imię. Przyznam, że dla mnie dość dziwne… A wie pan, że ja też mam psa – ratlerka. Ale imię ma proste, nie takie wymyślne.

– To świetnie… Takie właśnie powinno być, proste, jak pan mówi.

– A nie spyta pan, jak się wabi…?

– Nie…, no oczywiście… To jak pieskowi…?

– Misiek. Po prostu Misiek.

– Świetne! Naprawdę. I pomysłowe…

– Prawda? Sam wymyśliłem.

– Ale wracając jeszcze do mojego taty…

– Tak…

– To w końcu, co mówi ojcu ta pani psycholog?

– Mówi, że teraz psem zajmuje się …pan.

– Ja…?

– A tak! Właśnie pan! Kwintus…. O, widzi pan? W końcu zapamiętałem! Więc Kwintus mieszka u pana i jest mu tam bardzo dobrze!

– Hmm… Skoro to ma tacie pomóc…

– Powinno, powinno… W każdym bądź razie, póki co, działa na niego uspokajająco. Widać musi mieć do pana zaufanie…

– Czy w takim razie mógłbym już dzisiaj go odwiedzić?

– Proponuję by się jeszcze wstrzymać i to zarówno dla jego jak i dla pana dobra.

– Czyli dla naszego dobra…?

– Właśnie. Bo proszę się tylko zastanowić… – co pan zrobi, jak ojciec zasypie pana bardziej szczegółowymi pytaniami dotyczącymi psa? Nie sądzę, by pan był, na taką ewentualność, w pełni przygotowany.

– Więc…

– Więc może za …tydzień. Tak. Do tego czasu, pani psycholog opracuje zestaw odpowiedzi na potencjalne pytania pana ojca. Musi pan wcześniej przecież wiedzieć, jaki ten pies w ogóle jest. Jaka rasa, umaszczenie… No wie pan, żeby wszystko się zgadzało. Bo ojciec może sobie na przykład pomyśleć, że ma pan u siebie nie Kwintusa, tylko jakiegoś innego psa. Prawda? Starsi ludzie z psychozą są podejrzliwi… Aha, byłbym zapomniał, pan Tadeusz dopytuje jeszcze o …smycz.

– O …smycz?

– Tak. Czy jest, czy nie zginęła… Ot, takie tam… Zastanawiamy się, czy ona też jest elementem jego halucynacji?

– Nie, nie… Smycz jest jak najbardziej rzeczywista, doktorze. Zwrócili mi ją na policji. Ojciec smycz trzymał w domu zawsze, odkąd pamiętam.

*

– Kwintus, Kwintus…! Już jestem piesku, jestem. Cieszysz się…? Długo piesek czekał, niecierpliwił się, tak? Już cię odwiązuję i idziemy. Idziemy… do domku. A wiesz, że twój pan się o ciebie pytał? Tak! Nie daje się tym konowałom i ciągle o tobie pamięta. Pyta, mówi i tęskni. Jak tęskni? Jak to „jak”? No baaardzo, baaaardzo…! Tak! I mam dla ciebie niespodziankę. Nie…, jaką znowu …kiszkę? O czym ty myślisz? Tylko ci żarcie w głowie…! Wiadomość dobrą! Wiadomość mam, gapo! Booo… za tydzień, gooo… razem… co…? Tak! Zgadłeś! Od–wie–dzi–my!!!