Wyróżnienie w XVII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Szaloma Asza


Wsi spokojna, wsi wesoła,
Który głos twej chwale zdoła?

– Babciu, a wiesz, kim ja jestem?

Babcia długo celuje we mnie wzrokiem; jej oczy chowają się pod powieką z łez, po której wewnętrznej stronie jak na ekranie wyświetla się babci całkiem inny film. Instynkt podpowiada mi, by jej dotknąć, ale nieśmiałość nie takie pomysły potrafi dusić w zarodku. Babcia nie tylko jest tak krucha, że pod dotykiem kogokolwiek – poza jej ulubionym synem Zbyszkiem – mogłaby się rozsypać, lecz także bardzo schorowana i cierpiąca, a dzieci, bezwstydnie zdrowe i pełne wigoru, wysysają z babci życie.

– Wnusia – mówi wreszcie drżącym głosem, który nie wydobywa się z jej gardła jak u innych ludzi, ale z jej wklęsłej klatki piersiowej, z trudem torując sobie drogę spod grubych warstw swetrów, tak nieprzystających do lipcowej aury. Babcia zawsze siedzi w izbie w tym kokonie z szorstkich, sztywnych ubrań i koców, których nieokreślony zapach łaskocze w nos; nieruchoma, z twarzą zwróconą w mrok, aż jej kontury miękną i ulatują. Czasem odnoszę wrażenie, że pod tymi warstwami nie ma już ciała; moja babcia jest stosem tkanin zwiniętych w fotelu, pradawnym zwojem. Po cichu wierzę w to, że wreszcie z kokonu wyjdzie piękny motyl.

– A jak mam na imię? – pytam dalej z nowo obudzonym entuzjazmem i czekam w napięciu. Domyślam się jednak od dawna, że jedyne imię, jakie zna babcia, to imię ulubionego syna. I nie mam o to żalu, choć pewnego razu dochodzę do wniosku, że taki żal byłby zupełnie na miejscu, i usiłuję go z siebie wykrzesać, ot, dla porządku. Prawdziwi ludzie, dorośli, zawsze czują wiele emocji i je rozmaicie okazują; mnie się to jednak nie udaje. Raz tylko tata ten mój domniemany żal próbuje urzeczywistnić dla większego dobra: mówi babci, że wnuki przestaną ją odwiedzać, gdy zamiast dać im trochę uwagi, będzie tylko siedziała i płakała. To rzeczywiście na chwilę ożywia babcię, aż uświadamiam sobie, że jesteśmy wszystkim, co ma. Być może na ten przelotny moment prawdziwej obecności zużywa do reszty zapas woli życia, który i tak zaraz pryska, bo musi.

– Nie męcz babci – pada z czyichś ust i pokonana odchodzę.

Na wsi jest nas, wnucząt, pięcioro, a tak naprawdę czworo plus jedna ja, ta, z którą się nikt nie bawi, bo najmłodsza, a do tego jedyna dziewczynka. To sprawia, że jestem zawsze w centrum uwagi, jako to najładniejsze, najmilsze i najgrzeczniejsze dziecko, nie takie, co rozrabia z chłopakami; a jednocześnie skazuje mnie na wykluczenie, bo chłopaki sądzą, że jak pójdę z nimi, to będą musieli mnie niańczyć, a jak coś nabroją, to na nich doniosę. Jestem jak gwiazda filmowa: przeznaczona wyłącznie do patrzenia. Nikt nie wpada na pomysł, żeby i mnie nauczyć jeździć traktorem, doić krowę, wspinać się i strzelać z wiatrówki, a ja nie mam dość odwagi, by samodzielnie zawalczyć o udział w podobnych atrakcjach. Przyjmuję swoją pozycję w stadzie za nienaruszalną i odgrywam swoją rolę, bo sądzę, że tak trzeba; spędzam dnie na chodzeniu tu i tam i obserwowaniu świata; na oglądaniu, jak inni robią to, czego ja nie robię. Umiem czerpać z tego radość, jak gdybym naprawdę była kimś więcej niż gapiem.

Prócz tego z mamą jesteśmy „miastowe”, choć pozostali też na co dzień mieszkają w miastach; ale tylko mama ze wszystkich mam jest nieurodzona na wsi, a to każdy tutejszy wyczuwa szóstym zmysłem. To czyni z nas w tym otoczeniu element właściwie komiczny. Nie dotykamy wszystkiego, czego dotykają inni; nie wolno mi jeść ze stołu, z którego jedzą kuzyni, bo tam siadają muchy, a na nogach mają gówno, jak wujek Zbyszek na swoich gumiakach, gdy wraca od zwierząt; nie wolno mi chodzić siku tam, gdzie chłopcy, bo w przeciwieństwie do nich muszę przecież kucnąć, a tam, za stodołą, gdzie się chodzi, rośnie wysoka trawa, brudna, obsikana przez psy, więc niehigieniczna, która łaskocze mnie w pupę i w której chodzą kleszcze; a moja szklanka jest zawsze dwukrotnie umyta, bo mama nie wierzy, że Zbyszek zrobił to dokładnie, a może uważa, że woda też jest tu brudniejsza niż w mieście; i biegać po polu mi nie wolno, bo upaprzę buty. Wszystko to mamy „fanaberie”, ale lepiej dla mnie, gdy na wsi wstrzymam wszelką fizjologię.

Choć jeśli chodzi o siku za stodołą, to mam własne powody, aby tego unikać. Mało co mnie przeraża jak stodoła. Już samo to słowo brzmi na ostrzeżenie: tam nie chodź! Tam jest zawsze bardzo żywo, zbyt żywo; tam jest życie skondensowane, stłoczone, kotłujące się jak atomy we wnętrzu reaktora w elektrowni jądrowej; tam właśnie pulsuje niewyczerpane źródło energii, ale energii złej i skażonej cierpieniem. Może i jestem mieszczuchem wychowanym w kulcie racjonalizmu, ale do końca życia będę traktować poważnie wiarę w złe miejscasplamione nieuchwytną, niepojmowalną emocją, tak promieniującą, że niemal materialną, rozpuszczającą wokół szaleństwo jak katastrofa w Czarnobylu; właśnie dzięki temu, że jako dziecko widuję tę stodołę.

Chodzę po podwórzu z pełnym pęcherzem, aż rodzice nie zarządzą powrotu do domu, znoszę ból brzucha i z zazdrością patrzę na kuzynów, którzy mogą robić wszystko gdzie popadnie. Wykształcam w sobie nadludzkie cierpliwość i opanowanie, które zostaną mi do końca życia. Ale nawet ja czasem już nie wytrzymuję. Idąc za stodołę, oglądam się za siebie i przeklinam w myślach. Przecież w domu jest toaleta, ale z jakiegoś powodu nie działa; służy za kompostownik czy śmietnik, nie wiem, bo mama mówi, żebym tam nie zaglądała. Raz jednak zaglądam. Odsuwam winylową zasłonkę i moim oczom ukazuje się otwarty sedes, a w nim zupa z obierków, resztek z obiadu i śmieci. Po zdartym, brudnym linoleum na podłodze przechadza się tłusty robak. Nawet żarówka zwisająca z sufitu świeci tak, jakby jej było żal ujawniać światu ten widok. Dlaczego ten ołtarz ohydztwa w ogóle stoi w domu? Dlaczego nie sprawić, że toaleta będzie działać lub nie wyrzucić jej w cholerę?

Na podwórzu jest też wychodek, ale tam tym bardziej nie wolno mi wchodzić. Nie próbuję. Głowa mi puchnie na myśl o tym, że wujek Zbyszek odwiedza go codziennie, i to nawet zimą. Babcia na szczęście nie musi. Babcia ma pieluchy.

Kucam zatem za stodołą, w miejscu, gdzie trawa jest trochę udeptana. W szczelinach między spróchniałymi deskami dostrzegam poruszenie. Tak bardzo bym chciała, aby panowała cisza! Jednak potworny krowi ryk i nerwowe chrząkanie świń wypełniają przestrzeń zlaną krwawą czerwienią zachodzącego słońca; słychać też, jak wierzgają, jak próbują się poruszyć ogromne, ociężałe cielska, podzwaniając łańcuchami. Zwierzęta są tam same, wszyscy poszli się szykować do połowu raków, dlaczego więc krzyczą, jakby je ktoś krzywdził? Czuję, że krzyczą na mnie. Jeśli szybko nie skończę i nie odejdę, krowy się rozpędzą i wyważą dziurę w ścianie, stratują mnie kopytami twardymi jak kamień, aż z mojego ciała zostanie miazga wymieszana z błotem. To te ich przepełnione żalem wrzaski i groźby uczą mnie, że jestem zła, ponieważ jestem człowiekiem. Po prostu rozumiem to – od samego początku – że taka jest moja natura. I nic, co zrobię, nie może tego zmienić.

Przepraszam krowy i świnie szeptem za to, że sikam pod ich domem; choć pełnym bólu, to jednak jedynym, jaki mają.

Gdy wracam, widzę babcię wychodzącą na próg. Zwykle nie porusza się o własnych siłach. Jeśli już, robi to w jednym celu.

– Zbysiu – nawołuje, wystawiając głowę otuloną chustą i patrząc w dal niewidzącym wzrokiem, jak zawsze, gdy wujek Zbyszek oddali się na zbyt długo. – Zbysiu!

Podchodzę bliżej i mówię babci, że wujek jest ze wszystkimi nad strumieniem. Ale babcia mnie nie słyszy, nie widzi. Woła jeszcze parę razy, a gdy to nie skutkuje, pojękując, schyla się i przysiada na drewnianej belce w progu; ciężkie, odrapane drzwi opierają się o jej plecy. Wciąż otulona jest wełnianymi swetrami i narzutką, a na stopach ma grube kapcie. Chowa nieprawdopodobnie pomarszczoną twarz w dłoniach, ale spomiędzy chudych palców wciąż patrzy gdzieś na horyzont z przerażeniem.

– Zbysiu…

Synowie będą na nią potem krzyczeć, kiedy ją tak znajdą; powiedzą, że nie powinna tak siadać, bo ją przewieje, a na wsi wszyscy wiedzą, że się choruje od wiatru. Poza tym sterczenie tak w przykurczonej pozycji na twardym jeszcze bardziej zepsuje jej kręgosłup. A ja będę się uporczywie głowić, jak to możliwe, że babcia, która na co dzień potrzebuje asysty podczas kilkumetrowego spaceru, wykazuje się raptem sprawnością najzupełniej wystarczającą, by samodzielnie usiąść na progu lub stać w drzwiach godzinami. Potem pojmę, że zawsze napędzał ją strach. Końska dawka adrenaliny.

Jest mi jej szkoda za każdym razem, gdy ją tak zastaję, choć wcale jej nie rozumiem. Zbliżam się do niej jeszcze bardziej, staję tuż przed nią.

– Gdzie Zbysiu? – pyta rozpaczliwie, wreszcie dostrzegłszy moją obecność.

– Nad strumieniem – odpowiadam głośno i wyraźnie, na co babcia się rozpłakuje.

– Zbysiu, Zbysiu… Nie chodź… – jęczy pod nosem, lamentuje.

Wiem, że babci nie wolno współczuć. Ona nie wie, co robi. Nieważne, jak wiele razy się jej powie, że ma wracać do domu, nie łazić, że wszystko ze Zbysiem w porządku – nic się nie zmieni, dalej będzie wychodzić na próg i płakać za wujkiem, a on czasem, jeśli akurat ją usłyszy, stanie na podwórzu i krzyknie jej z niezmordowaną cierpliwością, ale nie bez poirytowania:

– Tu jestem, babka. – Wtedy ona pozwoli się wprowadzić z powrotem do domu, by nie dalej jak za godzinę wyglądać wujka ponownie.

Zdaje mi się, że babcia tak bardzo się boi, gdy traci Zbyszka z oczu, bo to ostatni syn, który jej nie opuścił. Ona chciała kiedyś wyjechać do miasta, ale inni kazali jej zostać – moi pradziadkowie – i wyjść za mąż za dziadka, zamieszkać w tym drewniaku i rodzić wiele dzieci. Miała być tu szczęśliwsza i może nawet była, ale dziadek w końcu umarł, a dorosłe dzieci w większości pouciekały do miast. I nawet gdyby mama nie opowiedziała mi tej historii, to przecież sama widzę jak na dłoni, że choć rodzina zjeżdża się parę razy w roku i zawsze ktoś pilnuje, by babci i wujkowi niczego nie brakło, to jednak powrotom zawsze towarzyszy ulga. Ja ją czuję. Mama ją czuje. Inni też ją mają wypisaną na twarzy. To naprawdę wspaniałe, gdy nie trzeba przesiadywać w domu w butach z powodu brudnej podłogi; gdy buchający żar z kozy na środku pokoju nie gryzie policzków zmarzniętych po przelotnym pobycie w lodowatym pokoju tuż obok; gdy można wziąć prysznic; gdy można przestać udawać, że się nie widzi babci.

Uczę się tego podczas wszystkich świąt, kiedy na przetartej wilgotną szmatką ceracie na stole lądują te wszystkie kiełbasy, kotlety, sałatki z majonezem i kiszonki, i oczywiście hektolitry wódki; wszyscy siadają w ciasnym kręgu, nawet kuzyni kuzynów, wujowie wujów i inni ludzie, których nie znam; i zaczyna się biesiada. Wspaniała zabawa! Gdyby nie to, że wszyscy tak potwornie się przekrzykują, głośno się śmieją i walą kieliszkami w stół, w tle z głośnika telewizora dobiegają trzeszczące głosy prezenterów i pięknie ubranych piosenkarek, śpiewających kolędy z nowoczesną manierą, którą obowiązkowo należy skrytykować. Byłoby w święta miło, gdyby nie to, że na żyrandolu wisi lep na muchy. Gdyby nie to, że w rogu pokoju w swoim fotelu siedzi babcia i patrzy w podłogę; a ja siedzę po przeciwległej stronie pokoju, na brzegu wersalki, i patrzę na babcię. Jesteśmy zmęczone. Głuchniemy od wrzasków i przeklętego telewizora. Nie jemy kiełbas i sałatek z majonezem, bo są niezdrowe (babci zakazał lekarz, mi – mama). Nikt do nas nic nie mówi, my nie mówimy do nikogo. Pragniemy być gdzie indziej – to pewne. Babcia płacze; zawsze płacze. Nie wiem, jak mógłby wyglądać jej uśmiech, bo wyraz jej twarzy po prostu się nie zmienia, to zawsze ta sama twarz pełna żalu i lęku. Coś ją boli, czegoś potrzebuje, mamrocze pod nosem. Gdyby była kimkolwiek innym, a nie sobą, cała rodzina by ją dostrzegła; wszyscy zmartwieni pytaliby: Co się stało? Dlaczego płaczesz? Źle się czujesz? Co ci dać? Ale babcia już dawno jest poza obrazem. Nikt nie wie, kim była wcześniej, gdy coś w sobie miała z człowieka. Nikt nie pamięta daty jej urodzin. Nikt nie potrafi wyjaśnić, jak i dlaczego stała się tym, czym jest.

Dziadka nie zdążyłam poznać i nie wiem nawet, jak wyglądał, bo nie zachowało się ani jedno zdjęcie, a może nawet nie powstało. Wyobrażam go sobie jednak jako jednego z tych obcych mężczyzn, których widuję czasem na wsi; pierwsze, co rzuca się w oczy, to że nigdy nie trzeźwieją. Wujek Zbyszek zaprasza ich czasem do siebie na libacje. On stawia, bo ma pieniądze dzięki babci żółtym papierom, choć jako dziecko nie wiem, co to dokładnie znaczy. Nie wydaje mi się, by miał pieniądze – przecież żyje w nędzy, w ich domu nie ma nawet sprawnej toalety! Ale mężczyźni przychodzą, nie wiedzieć skąd, bo żadna okoliczna rodzina się do nich nie przyznaje. Są zbłąkanymi duchami, bez wyraźnych związków z rzeczywistością, wywoływane rytuałem nad garem wódki jak u Mickiewicza. „Przychodzą” to zatem nie najwłaściwsze słowo; oni się zjawiają. Szczególnie zwraca uwagę jeden z nich o bardzo skrzywionej przegrodzie i zniekształconej szczęce, jakby oberwał kiedyś czymś bardzo ciężkim w twarz i pozostawiono go tak, by ciało naprawiło się po swojemu. I pewnie tak właśnie było. Z braku uzębienia i z powodu spłaszczonego nosa mówi bardzo niewyraźnie, dlatego się go boję, bo wstyd mi, że go nigdy nie rozumiem. Jest też drugi, któremu z kolei brakuje dwóch palców. Mają wygląd prawdziwych weteranów – ale na wojnie chyba tylko z własnymi demonami. Nie mają w oczach dostojnego smutku, który pokazuje się w telewizji; mają malutkie buteleczki. Tacy mężczyźni jeżdżą często na rozklekotanych rowerach, które wieczorami wiernie służą za wsparcie w utrzymywaniu równowagi. Wtedy to już nie duchy, ale zombie, snujący się drogą pomiędzy polami w podartych kurtkach, ledwo widoczni we mgle – dlatego gdy późno wracamy z rodzicami do miasta, jedziemy bardzo powoli, bo nigdy nie wiadomo, co lub kto wypadnie na ulicę. Tacy mężczyźni mają też zawsze brud pod paznokciami, brudne ubrania i brudne myśli. To ostatnie objawia się obrzydliwymi żartami, których mam nie rozumieć, bo jestem mała, więc się je przy mnie beztrosko opowiada, ale niestety rozumiem. Jakoś po swojemu.

Tak więc sobie, chcąc nie chcąc, wyobrażam dziadka, bo tacy są wszyscy dorośli mężczyźni na wsi, nawet wujek, choć on przynajmniej się stara, kiedy przyjeżdżamy. On też by pewnie czegoś chciał od losu, ale nic nie będzie miał, bo został; ktoś musiał. I przyjął tę dolę, bo może sądził, że tak ma być i już. Będziemy o nim nieraz mówić z politowaniem i żalem, że mu się w życiu nie udało, choć tak naprawdę jest to każdemu na rękę: niech on się babcią zajmuje. Niech on tu sobie gospodarzy.

Zostawiam babcię. Jak wszyscy. Nad strumieniem już płonie ognisko pod samo niebo, jakiego nigdy nie wolno robić w mieście. Wujkowie i kuzyni zakładają sieci, mama z ciotką doglądają ognia i marynują mięso. Obok stoi wielki zardzewiały gar, w którym wkrótce będą umierały raki. Patrzenie w płomienie sprawia, że ślepnie się na otoczenie: na zapchlone psy uwiązane na łańcuchu, zaniedbane i wściekłe; na bajora błota; karykaturalnie pokrzywione szopy; rozpadające się płotki z desek porośniętych rafami żółtawo-zielonego nalotu; na nadgryzione zębem czasu narzędzia pozostawiane wszędzie bez ładu i składu; na krwiożerczy kombajn, który poluje na dzieci biegające po polach, dlatego lepiej się do niego nie zbliżać, nawet gdy nie pracuje; na babcię siedzącą w progu i nawołującą syna, który nie przychodzi. My nie widzimy jej. Ona nie widzi nas.

Jako jedyna nie jem raków. Nawet nie patrzę do gara. Zamiast tego czekam na zakończenie ogniska, gdy będą robione ziemniaki w popiele. To pierwsze i jedyne ziemniaki, które kopałam sama, dlatego darzę je szczerą miłością. Każdy z nich jest jak bożonarodzeniowy prezent; trochę od wujka, który je posadził, trochę od Matki Natury. Mój ulubiony kuzyn Wojtek, najstarszy – który za cztery lata spłodzi dwoje dzieci, ucieknie przed nimi za granicę i umrze dziabnięty brudną igłą na skwerku w Kopenhadze – bez gitary, ale z perkusją z blaszanego wiadra intonuje piosenkę:

Zachodźże, słoneczko,
skoro masz zachodzić,
bo mnie nogi bolą
po tym polu chodzić.
Nogi bolą chodzić,
ręce bolą robić.
zachodźże, słoneczko,
skoro masz zachodzić.

Ja jedna przed jedzeniem biegnę do domu umyć ręce nad kuchennym zlewem pełnym naczyń – mama każe.

Gdy oddalam się od strumienia i rozśpiewanych głosów, zauważam szum wiatru; ciemnozielone liście ogromnych topoli podnoszą aplauz podniecone jego występami, choć on, niewdzięczny, w zamian tylko smaga je bardziej, aż z bólu się garbią. Prawda jest taka, że boję się tych drzew, bo są ogromne i groźne, o wiele większe i groźniejsze niż ja, no i boję się wiatru, ale nikomu nie mogę powiedzieć. O tym ani o stodole, ani o mężczyźnie z krzywym nosem. Nie mogę zawołać mamy, gdy wieje i gdy podzwaniają łańcuchy rozwścieczonych krów. Nie chcę mieć nigdy żółtych papierów i załatwiać się w pieluchy. Już wolę iść za stodołę. Nikogo nie będę wołała.

*

Gdy babcia umiera, czujemy spokój. Martwimy się tylko o Zbyszka – z czego będzie żył bez jej żółtych papierów? Biedaczka męczyła się długo, za długo, chora na wszystkie choroby świata. Zjeżdżamy wszyscy jak za dawnych czasów: wujostwo, kuzyni bez Wojtka, niektórzy z dziećmi, które są miastowe, i nawet dzieci Wojtka z matkami, które są wielkomiejskie. Nikt nie pojmuje, po co się tu zjawiają, w dodatku szczebioczą do siebie jak najlepsze przyjaciółki, a według wszlkiej miejscowej matematyki powinny się raczej wzajemnie nienawidzić. Ich eleganckie kozaki grzęzną w błocie przed podwórzem. Nie wiedzą, jak zareagować, gdy wujek Zbyszek pokazuje im nową ocieplaną dobudówkę, w której jest sprawna toaleta, i oznajmia, że tutaj mogą bez skrępowania chodzić na siku i na to drugie. Nie pozwalają dzieciom Wojtka zobaczyć trupa; brak ojca dosyć je straumatyzował. Poczekają na zewnątrz, aż wyjedziemy razem na pogrzeb.

Wchodzimy do domu w niemal zwyczajnej atmosferze; przestępujemy wysoką belkę w progu, szczęśliwi, że babcia nie będzie już na niej przesiadywać, a my nie będziemy nigdy więcej zgadywać, co to za defekt umysłu każe jej to robić. W salonie jest pięknie i czysto jak nigdy; zdarte linoleum umyto pewnie pierwszy raz od piętnastu lat, zamiast lepkiej ceraty na stole rozpięto biały koronkowy obrus, chyba nawet prany, a w oknie zawieszono półprzezroczyste, eleganckie zasłony, przepuszczające tylko trochę światła, tym samym strzegąc atmosfery zadumy w prowizorycznej świątyni. Na drewnianym rusztowaniu wokół trumny płoną świece przystrojone kwiatami; rozbrykane płomienie kiwają nam witająco. Do płuc wdziera się duszący zapach kadzidła, trochę od niego kręci w nosie, jak dawniej od babcinych swetrów. Siadamy dokoła. Nie ma Wojtka, więc stara ciotka zaczyna piosenkę.

Już opuściłaś tę łez dolinę,
Tam wieczny spokój czeka na ciebie.
Niechaj cię przyjmie w swoją gościnę
Bóg z aniołami i święci w niebie.

Babcia poza kokonem z koców i swetrów wydaje się śmiesznie mała, zupełnie jak dziewczynka. Wreszcie zdołała zrzucić kokon, przeobrazić się w motyla. A że w ten sposób? No trudno. Jej imago, choć skromne, jest jakie być powinno: piękne. W białej sukni, z dłońmi splecionymi w koszyczek przypomina pannę młodą pogrążoną w modlitwie, dziękczynnej pewnie za ten dom, za męża i za piękne dzieci, które urodzi; promienieje. Jej woskowata twarz jest zmieniona, wygładzona, policzki pełniejsze. Pierwszy raz widzę ją bez chusty; na niemal całkowicie łysej głowie mogę naliczyć kilka siwych włosków. One też jakby błyszczały dziwnym blaskiem, jak cała ona, rzucająca niby czary refleksy na twarze żałobników; zwłaszcza tych, którzy się pochylają, by ją ucałować lub pogłaskać po grzbiecie dłoni. Ja nie chcę jej dotykać. Może i życia z niej już nie wyssę jak wszystkie przeklęte dzieciaki, ale czuję, że wciąż mogłaby się rozsypać, jeśli przy niej zbyt głęboko odetchnę. Prawnuki w różnym wieku dłubią w nosie i dokazują, czasem z ostrożną ciekawością podglądają figurę, w której ponoć mieszkała kiedyś kobieta, co dała nam wszystkim początek.

– Gdzie Zbyszek? – dociera do mnie czyjś szept. Rozglądam się po ciemnym salonie, ale napotykam tylko inne obracające się głowy. Blask świec przeglądający się w wilgotnych oczach zgromadzonych przemyka po pokoju w tę i z powrotem. No cóż, nieważne, daleko nie poszedł, a do czego on w ogóle komuś potrzebny? Czy powinien powiedzieć teraz kilka słów do zgromadzonych? Wujek to dobry facet, ale nie podejrzewam go o to, by się palił do płomiennej przemowy. Odwracam się znów w stronę trumny.

Babcia siada.

– Zbysiu…? – pyta zmartwiona.

Wstrzymuję oddech.

– Zbysiu!

Czy inni widzą to co ja? Czuję, jakby mi ciało przymarzło do podłogi. Szukam odpowiedzi w twarzach pozostałych, ale ich… nie ma. Wyszli? Zniknęli.

Wstrzymuję oddech; liczę na to, że żałobny ubiór pozwoli mi się wtopić w mrok ciemnej izby. Ale babcia mnie zauważa; nie patrzy na mnie, a ja i tak to wiem.

Gramoli się w trumnie, poruszając niezbornie sztywnymi kolanami, a ja patrzę na to i serce mi staje. Wyciąga do mnie dłoń w charakterystycznym geście, który zawsze oznaczał prośbę o pomoc przy wstaniu i wykonaniu paru kroków. Nieraz widziałam, jak odpowiadał na ów gest wujek, czasem tata, ja sama nie miałam nigdy okazji. Aż do teraz. Przełykam ślinę. Raz się żyje.

Kieruje mną bardziej instynkt niż cokolwiek innego; robię, co mi dyktują neurony, zwodzone niezwykłym realizmem tego delirium czy zwidu… Ramię babci nie jest ani zimne, ani ciepłe, ani miękkie, ani szorstkie. Obejmuję ją i pomagam jej zejść na podłogę; zdaje się lekka jak piórko i jeszcze mniejsza niż przedtem, jakby się dało ją po prostu położyć na ramieniu niby kota.

Dalej już radzi sobie sama. Powolnym krokiem zmierza w stronę drzwi wejściowych, a ja kroczę za nią cierpliwie, zdziwiona.

– Zbysiu! O matko kochana, gdzie on jest… – płacze głośno ile pary w płucach, niepomna, że stoję za jej plecami zmieszana.

Doskonale mi znany rytuał trwa dalej, a ja stoję i czekam na zakończenie. Czas jednak zdaje się tkwić nieruchomo jak i ja; oto moja martwa babcia wystaje w progu i woła syna, a wokół nikogo nie widać, choć wszyscy powinni tu być. Mogłoby się zdawać, że czyjaś para oczu przemyka tu i ówdzie, ale to za mało, spojrzeć sobie, by być prawdziwie obecnym. Sama tu jestem, sama z duchem babci. Nagle – dopiero teraz – zdejmuje mnie prawdziwy lęk. Co, jeśli polazłam za nią w zaświaty? Nie jestem może wierząca, ale tyle wiem: jeśliby to była prawda, to raczej nie wrócę.

– Babciu – odzywam się. – Wujek na pewno jest niedaleko, jak zawsze.

– Zbysiu mój…

Ostrożnie mijam babcię w progu, wychodząc na zewnątrz. Próbuję zajrzeć w jej osłonięte bielmem oczy.

– Poszukam go. Zaraz przyjdzie – mówię i ruszam pewnym krokiem przez podwórze. Zawsze, gdy wujek się zjawia, babcia wraca na swoje miejsce w salonie.

W domu go nie było, zatem może w stodole.

Jeszcze zanim stanę przy uchylonych drewnianych wrotach stodoły, czuję ten potworny, kwaśny smród łajna, do którego ponoć można się przyzwyczaić, a nawet da się go polubić, choć to raczej tylko pokrzepiające bajanie. Przypominam sobie; zawsze podzwaniają łańcuchy i muczą, beczą, nie – wyją i wrzeszczą zwierzęta, i rzeczywiście je słyszę. Co zobaczę, gdy zajrzę do środka? Nie jestem już dzieckiem, nie powinnam się bać. Nie, dorośli rzeczy się nie boją; co najwyżej ich nie chcą. I ja bardzo, bardzo nie chcę tam wchodzić.

Szczelina między połami wrót jest dość duża, bym mogła prześliznąć się bez szarpania się z drzwiami, które na lekkie nie wyglądają. Dwa kroki i jestem w środku. Kilka krów natychmiast ciekawsko wlepia we mnie wzrok, jakbym tu przyszła wystawić dla nich przedstawienie, a świnie spacerują obojętnie po swoim wybiegu. Oczy zwierzęce, szczególnie oczy krowie, mają w sobie coś prawdziwie diabelskiego, skrzętnie skrywaną mądrość, ale i złośliwą frywolność. Wydają się mniejsze, niż zapamiętałam, i jakby niepoważne. Kretyński impuls każe mi się przywitać, szepczę im zatem „dzień dobry”.

Głupio mi nagle, że tak się ich bałam. To tylko zwierzęta, pochowane w półmroku, na uwięzi i w smrodzie odchodów; ich zajęcia to głównie stanie, gapienie się i głośne użalanie na swój los. Całkiem jak babcia. A jej się nie boję – nawet gdy wstaje z trumny.

Mimo wszystko nie zamierzam wnikliwiej się rozglądać. Już mam wychodzić, by szukać dalej, gdy kątem oka dostrzegam ciemny kształt na stercie siana przy wejściu. Chciałabym, by umysł płatał mi figle, ale widzę wyraźnie. To wujek. Wujek Zbyszek leży w sianie.

Podchodzę bliżej. Ma na sobie gumiaki, przetarte dżinsy i sweterek, a nie odświętną czarną koszulę. I śmierdzi wódką na kilometr. Wygląda, jakby spał, ale nie oddycha. Klękam przy nim. Dotykam. Nie żyje.

– O Jezu – jęczy babcia za moimi plecami. Odwracam się do niej zaskoczona, bardziej tym, że samodzielnie przekroczyła próg domu i wyszła na podwórze, niż tym, że zrobiła to martwa. Stoi we wrotach stodoły, oblana snopem jaskrawego światła, i w rozpaczy chwyta się za głowę. – Zbysiu… – I znika.

Dopiero wówczas ronię łzę.