Miejsce 1. w XVII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Szaloma Asza


Trzeba mówić głośno. Głośno i wyraźnie. Od lat nosi aparat, ale nic to już nie daje.

– Wezwiemy lekarza.

– Nie!

– Ale t…

– Nie! – jeszcze mocniej. Jak grzmotnięcie drzwiami, przed nosem.

– Poklikam, zadzwonię, przyjedzie do domu. Jak wtedy, pamiętasz, kiedy się okazało, że to febrisan ci szkodził. Ten sam pewnie się nie trafi, ale…

– I co mi powie! Ja mam osiemdziesiąt sześć lat!

– No właśnie, tym bardziej pow…

– I co mi powie?! Co mi powie?!

Nie wiem co jej powie. Może nic kurwa nie powie. Bo co tu mówić. Nic nie trwa wiecznie. Ale coś by się przynajmniej zrobiło.

I jeszcze to mieszkanie nasze, pod dachem, cudaczne. Otwarte. Dom otwarty. Drzwi tylko do łazienki, i do dzieci od niedawna, po przeróbkach. No i do niej, zasuwane, tak zgrabnie przeze mnie samego zrobione. Nigdy nie zasunie.

– Tak! To już w ogóle nie będę miała do kogo ust otworzyć.

– Mamuś…

– No co! Najlepiej zamknąć mnie i mieć z głowy.

– Ojezus, ojezus, ojezus…

– Jak ty się czujesz?

– Co? Dobrze się czuję. Ojezus ojezus…

– Tak? Nie wyglądasz dobrze.

– No jak się czuję! Jak się czuję… No ale co zrobisz…

– Powinnaś iść, to znaczy lekarz…

– Nie!

Nie. Bo całe życie w szpitalu nie byłam, do lekarzy nie chodziłam, sama się leczyłam. Chuja tam. Boi się! Całe życie się bała. Wszystkiego, lekarzy też. Lekarzy najbardziej. A teraz się boi, że będzie – droga pani, droga pani, piękny wiek, jednak… Kto to wie, kto to wie, nikt tego nie wie… Trzeba myśleć o porządkowaniu spraw…

– Jak spałaś? Ledwie dyszysz.

– To ciśnienie…

– Ciśnienie to było miesiąc temu.

– Pogoda nienormalna, póki to się nie zmieni…

– Co się nie zmieni, jak ma być? Normalna pogoda, jak w maju.

Jeszcze nie świt. Już słychać, już sapie lokomotywa budzik. Najpierw uwertura, kaszel. Falami. Długo, ciężko, jakby miała płuca wypluć. Ściany się trzęsą. Jakoś to dławi i rusza ojezusmaria do łazienki. Stuka laską. W nocy były ze dwie ojezus wyprawy, teraz ta poranna. Na kupkę, jak lubi czasem przypomnieć. Słyszę. Już połowa drogi. Stukanie stop, stanęła. Sapanie głośniejsze się robi, świszczące, nagle rozpaczliwe kurwa prędkie, za prędkie jezusmaria płaczliwe… Marta aż się podnosi na poduszce – a przecież synowa nie to, że matce teściowej życzy jakoś specjalnie – ale ja już się zrywam. Już lecę, zbiegam, zlatam tam, na dół, superbohater…

– Co ci jest? – A ona plecami o ścianę, przerażona, oczy w słup, nogi jej miękną.

– Zaprowadź mnie do łazienki – wykrztusza, żąda, wyciąga ręce. Chwytam je, pod łokcie, wiechcie jakieś, ciepłą, luźną skórą owinięte, miękkie, bezwładne, podtrzymuję, prowadzę. To w końcu parę kroków. Może cztery, licząc z tym w łazience. Obracam ją do kibla, puszczam w ostatniej chwili, jeszcze widzę jak jedną ręką trafia za plecami majtki i zaczyna ściągać, opada. Odwracam, oczy, zamykam drzwi. Jest źle.

Jakoś wróciła do siebie. Zaglądam. Zległa, opadła tym ciałem pokrzywionym, skurczonym, rozlała się w worku skóry swojej. Oczy zamknęła, usta rozchylone. Ryba na brzegu.

Pierdolę, dzwonię.

SOR, sobota. Pusto, głucho, lekarze gdzieś znikają. Pielęgniarki nie wiedzą. Urwane zdania, przez nikogo do nikogo, w górę, do lamp, tak, żebym to ja właśnie słyszał. Zapalenie płuc? Rozległy zawał? Ciśnienie za wysokie, za niskie? Ktoś się z kimś kłócił?

– I co, coś ci powiedzieli?

– Nic!

– Ale badania jakieś robili?

– No, tam ciśnienie, znowu… Prześwietlenie, ekagie… Drugie. Pierwsze już w karetce mi robił. Dlatego tyle trwało zanim ruszyli.

Ukrainka spisuje wywiad. Któryś raz te same pytania.

– O – wciska matce palec w odsłoniętą łydkę – obrzęk. – O–obrzęk? Rzeczywiście. Patrzę, dziura po tym palcu.

– To nie widziałaś, że masz nogi spuchnięte?

– Nie! – Kłamie. I nie wierzy, że kłamie.

– Coś ci przywieźć?

– Zapalniczkę.

– No już bez jaj.

Coś jeszcze, zanim wyjdę, czegoś brakuje. Aha, nachylam się i muskam suchymi ustami jej suchy policzek.

Świt. Cisza. Lokomotywa budzik nie przyjeżdża.

Jej pokój. Wszędzie popiół i proszek z jej zeschłej skóry. Sprzątać. Wietrzyć.

Co to ona chciała? Koszulę na zmianę. I spodnie. Po co? A, i krople do oczu.

– Masz zapalniczkę?

– Nie żartuj.

– Ja nie żartuję! Przywieź mi moją zapalniczkę.

– W domu sobie zapalisz.

– Jak?! Jak ja już ze szpitala nie wyjdę?

Pytam pytam, pytają o kogo chodzi. Dziwne, że kojarzą. Wszyscy. Z miejsca, natychmiast. I odwracają wzrok. Grzeczni są i uprzejmi. Nie, nic nie wiadomo jeszcze. Stażystka miła mówi co wie. Czy raczej wiedzieć by chciała, bo przecież nie wie, nie wiedzą, nikt nie wie. Szukają.

W domu. Lufa, dla ochłonięcia. Ale więcej miejsca. Miejsca po matce. O, fajka leży. Jedna. I paczka cała obok. Zapalę sobie. Wyjątkowo. Bo nie tak miało być. Bo mimo że puściej tu, w przestrzeni, to w głowie ciasno, matką zajęte.

– Przywieź mi balkonik.

– Przecież nie masz siły wstać.

– I zapalniczkę.

– Po co ci ta zapalniczka? Tu chcesz palić, w łóżku? Tu jest tlen, w tej rurce, chyba cię pogięło.

– Nie, nie, ja sobie pomalutku dojdę do windy, zjadę sobie na dół, dojdę do…

Jest, doktor Marczak. Doktorka, ściślej biorąc. Długo mówi, fachowo. Zastosowaliśmy, w kierunku, nie jesteśmy pewni, podaliśmy, zobaczymy, w zależności, podejmiemy. Spinam się, żeby nadążyć. Pulchna trochę, myślę, ale kształtna. I dosyć młoda. I wszystko mówię jej o matce. Wszystko! Wyczerpująco, całą prawdę.

Odkupię jej te fajki. O ile wróci. Bo może nie wróci. Bo prawda jest taka, że nie wygląda lepiej.

A jak nie wróci? Martwi mnie to?

Nie. Po śmierci ojca się zaczęło. Jedna noga złamana w udzie, wzdłuż. Prawie cała kość. Pół roku z tego wychodziła? Rok? Łóżko wynajmowałem, nauczyłem się. Łóżko, wózki, kule, ortezy. Potem, chyba żeby śmieszniej było, ta sama noga. Nad kolanem, w poprzek. Kręgosłup dwa razy. To o tyle upierdliwe, że można tylko leżeć i jęczeć. I czekać aż minie. Ręka, zwichnięte kolano – o, tu przynajmniej zaskakująco szczodre odszkodowanie dostała. Rehabilitacje pierdolone, rowerki, podwózki. Apteki, leki, szukanie, recepty, bez recepty. Oczy, operacje, jedno cudem, bo jakieś finansowanie się zmieniło, uratowane. Rana na łydce? – Takie tam małe obtarcie, no co ty, przestań. – I do lekarza oczywiście w życiu. A potem czyszczenie, skrobanie, czyszczenie, skrobanie, noszenie po schodach, wycieczki na wózku. Szpitale, lekarze, okłady, opatrunki, maści śraści. Ile to trwało? Zanim Bułgara znalazłem? Specjalistę od owrzodzenia wybitnego? Kazał jej przestać palić. – Pani umrze! – Myślał, że ją przestraszy. Kiedy ona właśnie ze strachu jara całe życie.

Zasuwam drzwi. Co by było z tym pokojem? Byłby mój? Albo Marty? Albo wspólny? Pracownia taka? Biblioteka? Albo gościnny? Albo to wszystko naraz, dwa, trzy, cztery w jednym, dlaczego nie?

Że to źle tak myśleć? Mam to w dupie. Nie ściągam tych myśli. Ani ich nie przeganiam. Palę sobie.

– Obiadu nie zjadłaś – budzę ją. Wzrok, to jedno oko, mętny. Drugie oko, to nieżywe, nie ma siły się otworzyć, mysia cipka taka.

– Ale co ty do mnie mówisz, jak ja się wybieram na tamten świat. – I łypie na mnie żywiej nieco, ciekawa reakcji.

– To może najpierw coś zjedz? Zanim się wybierzesz. Miałaś tę tomografię?

– No miałam, i co z tego! Nic nie wiedzą, nic nie powiedzą. Człowiek leży i tyle. No, już! Macie, pozbyliście się mnie. Dopięliście swego.

– Co?!!

– Noo… – parska. – I mówiłam ci przywieź mi zapalniczkę! To jest moje ostatnie życzenie. Zobaczysz – syczy – będziesz miał mnie na sumieniu.

Dopięliście swego?!! Kto tu, kurwa, dopiął czego! Czy za tego Bułgara co ją do niego miesiącami woziłem jakieś pół dziękuję padło? Ależ wręcz przeciwnie. Moja to była wina, że ją tymi wizytami męczyłem, portfel jej wydrenowałem, a ona się przecież sama tak naprawdę wyleczyła. Płatkami lilii w zalewie. Bo są środki cudowne.

Za dużo matki w moim życiu. I nie to, że teraz na to wpadłem. Efekt przemyśleń. Głębokiej analizy.

– A dlaczego nie masz tlenu? – Rurki widzę porzucone w pościeli. – Przecież od razu zaczęłaś inaczej oddychać!

– No właśnie nie mogę przez to oddychać! Nos mam założony.

– Masz katar?!

– Tak mnie tu leczą. Masz zapalniczkę?

– Nie rozmawiam o zapalniczce.

– Jak umrę, przyjdę w nocy i będę ci kołdrę ściągać, zobaczysz. Ostrzegam cię.

– Nie przywiozę ci jej! – krew mnie nagła zalewa – Nie chcę o niej słyszeć! Nie będę woził zapalniczki do szpitala! Co ty w ogóle bredzisz! Trzy dni zanim wstałaś i ledwie z balkonikiem doszłaś do łazienki! Dwa metry!

Całkiem ją pojebało z tą zapalniczką. Przecież nawet nie ma fajek. Ja palę jej fajki. Ale jej odkupię. Jeśli wróci. Co to ona chciała? Torebkę. Ehe, już ja wiem co knuje, już wiem po co jej torebka ona…

He, he, trzy zapalniczki w torebce, w tym zapalarka do kuchenki gazowej. Przygotowana na wszystko. Harcerka, kurwa. Zasuwam drzwi.

– To. – Pokazuje krople do oczu. – Dzwoniłeś?

– Dzwoniłem. Nie mogą ci tego wypisać. Dlatego, że jesteś w szpitalu…

– To powiedziałeś im, że jestem w szpitalu?

– Słucham?

– Powiedziałeś im, że jestem w szpitalu?!! Po co im to mówiłeś!

– Jak to po co? Po nic. A dlaczego miałem nie mówić? Przecież jesteś w szpitalu…

– Kto mówi, że jest w szpitalu! Ty ghr…

– Przestań! Co ty p… Skąd miałem wiedzieć, ż…

Krople – moja wina. Bo zawsze musi być wina. Z ojcem to wypracowali. Cokolwiek się zdarzyło w jakiś sposób dla nich niekorzystnego, czyli praktycznie wszystko co działo się na tym łez padole, poważnieli i następowała ta chwila naprawdę głębokiego namysłu. A potem wyrok. Czyja to była wina. Była, czyli jest. Często była to wina ojca, zdaniem matki, albo matki, zdaniem ojca. Ale równie chętnie zrzucali winę na samych siebie. W dalszej kolejności mogłem być ja albo ktokolwiek, albo zbiory ludzkie różne. Zawsze ktoś musiał być winny. A kiedy już był, zaczynała się orgia. Gdybanie. Byli od gdybania uzależnieni. Bo gdybyś ty, czy ty, albo tamten, tamci, tamte, a nawet ja, zrobił, zrobiła, zrobili to i to, jak trzeba było, a nie tamto złe, to wtedy byłoby generalnie lepiej, nieźle, a może nawet dobrze. Ale ponieważ – i to jest twoja, moja, wasza wina – zrobiłeś to złe, to teraz my, ja, mamy źle. Dlatego mamy źle. Przez ciebie. A mogło być tak pięknie. Gdybyś ty, gdybym ja, gdyby oni… Ja pierdolę!

Więc palę sobie, choć aktualnie tak w ogóle niepalący jestem. Palący niepalący, usprawiedliwiony.

– Doktor Marczak może ci przepisać te krople, ale – wzdycham – dopiero przy wypisie.

– Ha!

– Nie wiem dlaczego tak jest, nie rozumiem tego…

– No to mnie załatwiłeś!

– Rany boskie, skąd…

– Przy wypisie, żartujesz sobie?! Po co im mówiłeś, że jestem w szpitalu!

– A gdzie jest kurwa napisane, że tego się nie mówi! A co miałem niby powiedzieć?

– Nic!

– Aha.

– Nic! Po prostu!

– Pokaż te krople. Nic już tam nie ma?

– Nie ma.

– Ale, że w ogóle?

– No na dzień. – Podnosi głos: – Może dwa!

Gówno tam, nie wierzę. Gdzie to było, w szufladzie. Odsunąć trzeba całą szafkę, bo przyduszona do łóżka, balkonikiem objęta, balkonik wycofać muszę, i łóżko też, dla jebanej szafki… Skrzypi, metal o metal, poddaje się trochę szufladka jebana, wysuwa… No, jest buteleczka. Biorę, patrzę…

– No mało.

– No mówię ci przecież!

A co to? Co to tam? Tu, w samym rogu szufladki? Serwetka, biała, a pod nią… Pojemniczek plastikowy przezroczysty, mały taki, kieliszek, niepusty… Wyciągam.

– Co to jest? – pytam. Retorycznie, bo przecież widzę. Tabletki. Ona patrzy spode łba, zła, że przyłapana. Zła, nie zmieszana.

– Co to jest?!

– Nie wiem!

– Jak to nie wiesz.

– Nie wiem! Bo mi nie mówią.

– Jak to ci nie mówią?

– No nie mówią. Nic mi nie mówią!

– A pytałaś?

Nic. Odwraca głowę obrażona. Kuurrr… Dymam do jebanych pielęgniarek, pokazuję, pytam, wracam…

– To – pokazuję dużą różową – jest potas! Te dwie małe, to godzinówki. To znaczy, że muszą je podawać o dokładnej porze, rozumiesz? Miałaś mieć antybiotyk. Może to jest właśnie antybiotyk. A nawet na pewno. A wiesz jaka jest regularność ważna przy antybiotyku. Przerwiesz i koniec… – Gadam tak, stawiam kieliszek na szafce, żeby miała na widoku. Jeszcze szufladę znacząco zatrzasnąć… A co to? Patrzę, a tam wcześniej nie zauważone, pod serwetką ukryte jeszcze dwa takie kieliszki, niepuste…

– Ty nie bierzesz leków?!

– A co mam brać! Jak nic mi nie jest.

– Tobie nic nie jest!

– A co mi jest? Nic mnie nie boli. Po co mnie tu przywiozłeś!

– Tobie nic nie jest! Masz brać te leki, słyszysz!

– Po co?! Cały dzień leżę, nic się nie dzieje, nikt nic nie wie, żadnej poprawy, nic, siły nie mam, to po co? Jak i tak mam umrzeć? Po coś mnie tu przywiózł! – Coś mi siada na mózg, przysiada raczej, ptak jakiś. Właściwie, skrzeczy szeptem, skoro…

– U mnie w szafie – mówi ona głośno – na dole. Seledynowy garnitur!

– Tak? – Udaję, że się nie domyślam.

– Seledynowy garnitur.

– I co?

– Jak umrę! Włożą mnie w deski i do ziemi. Bielizny nie mam. – Kończy dumnie.

– Masz brać te leki. – Zanim wyjdę muskam ją, kurwa, w policzek.

Zasuwam drzwi. Fajka.

To oczywiście moja wina, że nie ma tej bielizny. To znaczy nie wiem jakiej bielizny nie ma, pogrzebowej jakiejś widocznie. Nie wiem, może inni taką mają. Pewnie nową, na tamten świat, żeby się godnie gniło. Nie wiem, nie chcę wiedzieć, zaraz po śmierci ojca wyrzuciłem z głowy wszystkie te rytuały.

Nigdy tak nie mówiła. Strach jej nie pozwalał.

Ma dość?

Bo przecież cierpi, to całkiem odpowiednie słowo. Nie da się ukryć. Teraz i od lat, nie? Można mieć dość? Można. Dlatego nie bierze tych piguł? A może niech nie bierze? W końcu jej decyzja.

Tylko co teraz zrobić? Nie zgłoszę tego, a ona zejdzie, to będzie coś jak współudział, nie? A ta z łóżka obok wszystko słyszała. Niby spała, ale ja przecież wszystko głośno i wyraźnie. Krzyczałem. I jeszcze do pielęgniarek chodziłem pytać.

A jak zgłoszę to co? Dadzą jej coś inaczej, w kroplówce? A może nie i od razu wypiszą? Czyli na mnie zwalą. Od jutra. W takim stanie. Pani nie chce się leczyć? To do widzenia! Nikt zmuszał nie będzie. Łóżko się zwolni, ludzie na korytarzu leżą.

Ale kto mi każe zgłaszać? Ta obok nie zakabluje, bo powiedzą: Tak, a pani sama nie mogła interweniować? Pielęgniarki? A panie to nie sprawdzały czy chora bierze, co ma brać? Wszyscy są w tym umoczeni, wszyscy jesteśmy. Więc nie zgłosić? Niech się dzieje co ma się dziać? Czyli – co?

Przecież ona i tak nie żyje. Co najmniej od śmierci ojca. On, jako mąż, wróg, a najbardziej towarzysz gdybania, na koniec zaś wymagający opieki chory na raka, nadawał temu życiu jakiś sens. Wiedziała co robić. Bez tego, bez niego, zabija czas, wyłącznie. Ile to już lat? Piętnaście? Więcej. Zabija czas, morduje na masową skalę. Co to za życie, to martwota. Czasobójstwo. Wszystko na przeczekanie, na zaś, na nigdy. Bo ja się muszę zebrać, muszę – ha ha, ile razy słyszałem tę jakże dowcipną frazę – dojrzeć do tego duchowo. A na razie papierosek, i diagram Jolki, i tefałen dwadzieścia cztery, pasjans w laptopie, książka Austen jakaś, z ominięciem opisów, pięć stron na krzyż w internecie, nasz nowy dom, starożytni kosmici, znachor, onety, gazety – ileż można?! Można. Wystarczy, że włączone jest. Tylko że ja to słyszę! Muszę słyszeć, wszyscy musimy. Bo nie ma ucieczki, nie można się odłączyć. To są wnyki, sidła, pułapki wszędzie w domu porozstawiane. Ja w nie wpadam, dzieci moje, i tylko Marta opór daje. Bo to permanentna inwigilacja, morowe powietrze, covid, kajdany, niewolnictwo. Wszyscy od tego umieramy. Psujemy się, czerniejemy. Od czasobójstwa, smrodu fajek, strachu, gdybania i starożytnych kosmitów.

– Bierzesz te leki? – Zaglądam w szufladę, żadnych piguł nie widać. Na szafce pusty kieliszek.

– Biorę. Bo co mam zrobić. – Bierze? Bierze albo i nie bierze, co mnie to, jej sprawa. Twierdzi, że bierze. Zresztą wczoraj Marczak nie było, teraz miała być za pięć minut, a tu już piętnaście mija. No, więc ja usprawiedliwiony jestem. A czasu nie mam.

– No trudno, nie tym razem, muszę lecieć.

– A zapalniczka?

– …

– Ja chcę do domu.

Uf, winda jest od razu, udało się blisko zaparkować, więc już zapinam pasy, warknął silnik, wierzgnęły konie – dzwoni komórka. Stancjonarny? Co?! Kto?!! Doktor Marczak do mnie dzwoni! Łapie mnie w blokach doktor Marczak, na lasso chwyta. Przyszła minutę po moim wyjściu, przeprasza, ale już już mówi, co wiedzą. Czyli, że nadal nie wiedzą, bo to, to, to, to już było, a teraz jeszcze to, to… Ależ profesjonalistka wredna, i do tego jeszcze komunikatywna. No więc mówi mówi, a ja słucham słucham, bo cóż ja, ja nie mam nic do powiedzenia, ja od słuchania jestem. No, i nagle słyszę, że mówię: – Pani doktor, jeszcze chciałem dodać, yy eeeee, ja nie mogę z a g w a r a n t o w a ć, że mama bierze te leki. – Tak mówię. Plus coś tam jeszcze.

Ja nie mogę zagwarantować! Takie mi, ze mnie wyszło. Jakież okrągłe! Kuliste wręcz. I doktor Marczak aż zatkało. I nic nie powiedziała. I przeszli na dożylne.

Paczkę fajek odkładam dokładnie tam, gdzie leżała. A obok kładę tego pojedyńczego papierosa, co na podorędziu matczynym zawsze dyżuruje. Starannie go umieszczam na jego miejscu. Nie dam jej tej satysfakcji, nie dowie się, że paliłem. Bo ja aktualnie niepalący jestem. Ale że jeszcze dla tego jednego, dyżurującego papierosa musiałem całą paczkę kupić, to sobie teraz jeszcze zapalę. A co.

No i kitram gdzieś kwiatki, na jutro. Bo jutro Dzień Matki.

Przyjeżdżają, wnoszą ją na górę, aż do samego jej pokoju.

– Proszę, papierosek. I zapalniczka – mówię. Cień chytrego uśmieszku i już bucha dymem, z ulgą, głośno, mruczy, miauczy, ja odprowadzam panów z karetki, Marta nieostrożna idzie witać matkę teściową.

– Wróciłam. Niestety!

– No co ty op…

– I po co to było! Dwa tygodnie! Jak mi nic mi nie było.

Świt, wszyscy jeszcze śpią. Albo udają. Roznoszę bukiety do dzieci – dla Marty, wszystko jest od wczoraj umówione – i czekam aż wstanie matka moja, moja mamuś. Czekając, palę fajkę. Ostatnią. Bo ja nie palę przecież.

Słyszę. Idzie do łazienki. Cicho, pewnie. Idzie bez balkonika, z laską. Tylko tę laskę słychać. A potem jeszcze trzask przełącznika światła. Nie było uwertury z kaszlu. Nie sapie.

Tak, już ja wiem co będzie. Matka dwa zero będzie. Jeszcze dzisiaj zacznie chodzić bez laski, a w ogólnym procesie zmartwychwstania zacznie nawet lepiej słyszeć. Troszeczkę, ale zawsze. Mówić do niej trzeba będzie nadal głośno i wyraźnie, ale nie aż tak głośno i nie aż tak wyraźnie. Oczywiście, nad umysłem pełną władzę zachowają starożytni kosmici.

Aż pewnego dnia znowu spadnie ze schodów, złamie kręgosłup we śnie, obtarcie zmieni w niegojącą się ranę albo złapie zapalenie płuc. A wtedy wszystko zacznie się znowu należycie pierdolić. Tak będzie. A będzie to wszystko moja wina.

Więc jakoś mnie drażni jak się tak zachwyca tymi kwiatami ode mnie.

– Jak się czujesz? Widzę, że lepiej.

– Tak, dzisiaj, tak – co w domu, to w domu… Śliczne te róże! – Nos w bukiecie, poprawia, układa, pieści się z nim… I widzę, że to z sobą się pieści, siebie uwielbiła, cudownie ocaloną. Bo przecież cuda się zdarzają. Matkom szczególnie.

– A ty pamiętasz co wygadywałaś w tym szpitalu?

– A jak pachną! Ile to kosztowało?

– Nieważne. Z Biedronki.

– Ale przepiękne! Czekaj, wiesz który dzbanek…

– Pamiętasz co wygadywałaś w tym szpitalu? – warczę już, bo mnie normalnie kurwica bierze. – No ale pamiętasz?!

A wtedy ona, uroczyście – właśnie tak, uroczyście, dumnie, w samozachwycie – rzecze do mnie:

– To ja cię, synu – na ten Dzień Matki – przepraszam!