Wyróżnienie w XVII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Szaloma Asza
– Wie pan, panie Miłoszu jaki jest najstarszy zawód świata? – spytał mnie doktor Wąsik. Nerwowo odchrząkuję. Mam na imię Mikołaj, ale nawet nie poprawiam mojego medyka, bo zdążyłem do tego przywyknąć.
Ciśnie mi się na usta, że chodzi o prostytucję, ale przyszedłem do niego skarżąc się na problemy z sercem, a nie z chorobą weneryczną, dlatego trudno mi znaleźć logiczne powiązanie.
– No nie wiem – odpowiadam zatem.
– Zawód miłosny.
Tak, to właśnie on, mój lekarz, doktor Wąsik. Czuję, jakbyśmy znali się od lat. Jakby był lekarzem mojej rodziny od wielu pokoleń. Prawda jest taka, że poznaliśmy się w covidzie. Udzielił mi teleporady. Konsultacja ograniczyła się do tego, że narzekał na zaostrzenia, swoją pracę, stwierdził, że covida nie ma i zapisał mi antybiotyk. Ja, mimo że umierałem, z gorączki wstydziłem mu się przerwać przydługi wywód, uznając, że może ma gorszy dzień i potrzebuje się wygadać, tylko, że ja też miałem gorszy dzień. Umierałem.
Doktor Wąsik generalnie na wszystko przepisuje antybiotyki. Nawet przez jakiś czas zastanawiałem się, czy nie dostaje za to jakichś pieniędzy od koncernów farmaceutycznych, ale zdaje się, że to nie byłoby w jego stylu. Myślę, że jest dobrym lekarzem. Może jakoś wybitnie nie zna się na leczeniu, ale ma jakąś ideę i wierzy w to co robi. Myślę, że jest takim doktorem Judymem na miarę naszych czasów. Moich czasów. Gdy pierwszy raz zobaczyłem go osobiście, jakież było moje zdziwienie. Niski, głęboki głos, który znałem tylko przez telefon jakże bardzo nie pasował do postury, tego niskiego, łysiejącego mężczyzny po sześćdziesiątce z nadwagą
i w okularach na nosie.
Dziś doktor Wąsik zachowuje się inaczej niż zwykle. Mniej narzeka i skupia się na swoich problemach dnia codziennego. Wydaje mi się, że martwi się o mnie. Zagadka o zawodzie miłosnym jest nieśmiałym zagajeniem dotyczącym mojego życia osobistego. Ostatnio przeszedłem atak nerwicy, palpitacje lub zawał serca. Nie wiem dokładnie co to było i dziś właśnie zjawiłem się u mojego zaufanego doktora, aby to ustalić. Pomijając zlecenie mi całej serii badań wygląda na naprawdę zmartwionego. A ja czuję się winny, że doprowadziłem go do takiego stanu. Kiedy dopytuje, czy nie przeżyłem wspomnianego zawodu miłosnego, nadmiernego stresu, czy traumatycznego przeżycia, po którym dostałem „ataku serca” chcę mu opowiedzieć co się wydarzyło.
Ostatnio poszedłem kupić pomidory do warzywniaka koło mojego domu. Kiedy przyszło mi za nie zapłacić popłakałem się. Po raz pierwszy od śmierci wujka Leona płakałem (nie wliczając jakiegoś filmu w kinie, którego tytułu nawet nie pamiętam, ale wtedy to raczej oczy mi się zaszkliły). Od tylu lat pracuję, płacę podatki (raz zapłaciłem również i mandat – zapomniałem, że skończył mi się bilet kwartalny na komunikację miejską), a kupno kilku pomidorów uważam za wydatek tak luksusowy, że zastanawiam się, czy na pewno je kupić. Zastanawiam się, czy na pewno ich potrzebuję. Mam wyrzuty sumienia, że tyle wydaje na nie, bo pewnie mógłbym się bez nich obyć. Tylko, że ja cholernie lubię pomidory i to dla mnie jedna z niewielu przyjemności każdego dnia.
Czasami myślę, że kiedy z nich zrezygnuję, to już do końca przegram moje życie. To znaczy, że już się poddałem, że nie przydarzy mi się już nic dobrego, że osiągnąłem maksymalną stagnację egzystencjalną, przypominającą wegetację. Czyli w skrócie porażkę.
– … to będzie 32 złote – oznajmiła ekspedientka ważąc moje pomidory.
– Ile? – spytałem niedowierzając.
– 32 złote.
Nie mogłem uwierzyć w to co słyszę. Wyszedłem bez słowa i bez pomidorów. Usiadłem na przystanku znajdującym się tuż obok sklepu. Schowałem twarz w dłonie i zacząłem szlochać, jak po stracie bliskiej osoby.
– Czy wszystko w porządku? – usłyszałem pytanie, a kiedy podniosłem wzrok moim oczom ukazała się ona. Miała na oko jakieś trzydzieści pięć – czterdzieści lat. Miała łagodny wyraz twarzy i ciepły głos przedszkolanki. – Stałam za panem w kolejce i widziałam, jak pan wyszedł… Pomyślałam, że może coś się stało?
– Mam bardzo zły dzień. Chciałem tylko kupić pomidory. Tylko pomidory… ale są teraz tak drogie, że mimo, że od lat uczciwie pracuję, to są dla mnie jak towar luksusowy. Jak jakieś trufle.
Spojrzała na mnie z takim współczuciem, że poczułem się jak kot w reklamie karmy. Trudno mi to oddać słowami, ale patrząc na nią pomyślałem, że to może jednak nie przypadek, że może tak właśnie poznam miłość mojego życia. Może od tej nieporadnej sytuacji w jakiej się znalazłem nawiążemy relację. I wtedy wyciągnęła portfel. Pierwsza myśl, jaka zaświtała
w moim naiwnym sercu, to że wyjmie z niego wizytówkę ze swoim numerem telefonu. Ale ona sięgnęła po banknot dwudziestozłotowy. Pierwszy powód do wstydu. Drugi to to, że zobaczyłem, że w portfelu za kartą Rossmana, miała dwa zdjęcia. Jedno przedstawiające kilkuletnie dziecko, a drugie mężczyznę, który jak zakładałem był jej mężem. Szczęśliwa rodzinka w ramce 3×4. Dopiero teraz dostrzegłem obrączkę na jej palcu.
I wszystko we mnie umarło. Nawet to, co i tak ledwo żyło.
– Może mogłabym panu pożyczyć pieniądze?
Pokiwałem przecząco głową, uśmiechając się smutno.
– Dziękuję, naprawdę dziękuję… ale właśnie przyjechał mój autobus.
Wsiadłem. Nie sprawdzając numeru. Po prostu.
Autobus oczywiście jechał w przeciwnym kierunku niż mieszkam. Ale w tamtym momencie nie miało to znaczenia. Są dni, kiedy człowiek po prostu chce się oddalić. Nieważne, gdzie. Byle daleko od pomidorów za trzydzieści dwa złote za kilo.
To właśnie chcę opowiedzieć doktorowi Wąsikowi na jak już wspomniałem zadane mi pytanie: czy nie przeżyłem zawodu miłosnego, nadmiernego stresu, czy traumatycznego przeżycia, po którym dostałem „ataku serca”? Chcę tym się podzielić. Wypluć z siebie tę historię razem ze wszystkimi ukrytymi w niej i w ostatnich latach mojego życia emocjami. Ale zamiast tego odpowiadam mu krótko: „Nie”.
Doktor Wąsik kiwa ze zrozumieniem głową, ale mam wrażenie, że wyczuwa, że kłamię. Cenię go, że nie daje za wygraną i dalej ciągnie temat.
– Wie pan, nie zawsze wszystko dostrzegamy na pierwszy rzut oka. Czasami to co odczuwamy teraz wiąże się z naszym dzieciństwem, przeżyciami, wzorcami, które mieliśmy w młodym wieku.
Kiedy o tym mówi przypominam sobie wujka Leona. Mówię mu o tym stwierdzając coś
w stylu:
– Chyba moim wzorcem mężczyzny, kiedy byłem dzieckiem był właśnie wujek Leon. Nie dlatego, że był człowiekiem wybitnym, wzorem godnym naśladowania, ale dlatego, że był
w moim dziecięcym życiu obecny. Był obecny, choć nie musiał. Poświęcał swój wolny czas,
w którym mógł najzwyczajniej w świecie, odpocząć, obejrzeć mecz, czy wyjść do baru na piwo z kolegami.
– Miło to słyszeć. – doktor Wąsik wydaje się być rad z takiej odpowiedzi. Nie jest terapeutą, ani psychiatrą, ale doceniam, że się stara mi pomóc.
– Wujek Leon segregował śmieci, kiedy to jeszcze nie było modne. Segregował je na te, które wywoził do lasu i na te którymi palił w domu – dodaję, a na twarzy lekarza pojawia się uśmiech. Jestem zadowolony, że choć trochę dziś go uszczęśliwiłem. Chyba obaj czujemy ulgę. Tak, to dobra historia. Dobrze brzmi.
Ale to co w tej historii być może jest najważniejsze, to to, że wujek Leon tak naprawdę nigdy nie istniał. To znaczy istniał, ale nie takim, jakim go opisałem. Prawdą jest, że odwiedziliśmy go ostatni raz, kiedy będąc już na łożu śmierci nie do końca nas rozpoznawał.
Był człowiekiem zmagającym się od lat z chorobą alkoholową.
A jedynym moim dobrym wspomnieniem jest dzień, kiedy przyszedł na moją Komunię świętą. To był jeden z dwóch razy, kiedy widziałem go w garniturze (po raz drugi, kiedy już zasnął wiecznym snem i spoczywał w trumnie). Garnitur był czysty, w miarę elegancki, ale przyduży. Nie wiem, czy wuj pożyczył go od jakiegoś większego kolegi, czy kupił za duży rozmiar na wyprzedaży, a być może sam w skutek pogarszającego się stanu zdrowia, tak bardzo wychudł. Tego moja dziecięca wyobraźnia nie była w stanie wtedy odgadnąć.
Moja mama bardzo opierała się przed zaproszeniem go na rodzinną uroczystość. Zapewne obawiała się, że upije się w jej trakcie lub przyjdzie już pijany i „ją zniszczy”. Mój ojciec jej wywód dotyczący dotychczasowych ekscesów wuja, jak i potencjalnych skwitował jednym zdaniem: Jest chrzestnym, ma prawo tu być.
I mimo oporów mamy, wuj pojawił się na mojej Komunii. To był ten jedyny raz, kiedy widziałem go trzeźwym. Już pod kościół przyszedł z rowerem. Wiecie nie takim, jak dostawali inni moi koledzy – rowerem „na przyszłość” – za dużym by na nim jeździć, takim który dosiądzie się zapewne dopiero za parę lat, kiedy się urośnie. Rower, który przyprowadził wuj Leon był idealnie dopasowany do mojego wzrostu. Na kierownicy była zawiązana duża czerwona kokarda i załączony bilecik nakreślony krzywymi literami, zapewne napisany niepewną ręką: „Dla mojego kochanego Siostrzeńca”. Gdy wuj zorientował się, że wejście
z rowerem do środka kościoła nie jest najlepszym pomysłem zawołał kręcących się nieopodal chłopaków. To nie byli dziecięcy dżentelmeni. Typowa banda o kilka lat starszych ode mnie blokowiskowych chłopaków. Jeden z nich kiedyś mi zabrał pieniądze, które mama dała mi na szkolne wyjście do kina. Wuj powiedział im, że mają przez całą Mszę pilnować roweru, a jak zobaczy na jednośladzie chociaż jedną ryskę to im nogi z dupy powyrywa. Z tego co pamiętam, to użył nieco bardziej dosadnych słów, ale mniejsza o to. Tak, czy inaczej po zakończeniu Eucharystii rower stał w tym samym miejscu w nienaruszonym stanie.
W trakcie rodzinnego obiadu urwaliśmy się z wujem z deseru i poszliśmy na podwórko. Wziął sobie za punkt honoru nauczyć mnie jazdy na jednośladzie. I muszę przyznać, że był
w tym dobry. Kiedy kolejne razy przewracałem się nie umiejąc utrzymać równowagi, nie krzyczał, a jedynie zachęcał do dalszego wysiłku. Widziałem, że z każdą minutą coraz bardziej się trząsł i sprawiał wrażenie, zmagającego się ze swoją dolegliwością. Mimo wszystko wziął się w garść i tak samo i ja. Kiedy powoli zaczynało szarzeć na dworze i księżyc nieśmiało pojawiał się na niebie, ja przemierzałem na rowerze kolejne długości podwórka. Wujek na początku biegał tuż obok, abym miał poczucie, że mnie asekuruję. Potem tylko cieszył się patrząc na moją jazdę i machając z odległości.
Z tym wydarzeniem wiąże się jeszcze jedno wspomnienie. Wujka Leona widywałem przez lata w różnych stanach – najczęściej wyglądał jak człowiek, który desperacko potrzebuje pomocy, ale za nic w świecie nie zamierza jej przyjąć. Choć kojarzył mi się głównie z zapachem świeżo wypitego albo już przetrawionego alkoholu, miał jeszcze jeden znak rozpoznawczy, który utkwił mi w pamięci z dzieciństwa: srebrny zegarek na brązowym, skórzanym pasku. Zawsze nosił go na nadgarstku. Kiedyś zapytałem go o ten zegarek. Odpowiedział, że to pamiątka – prezent od jego ojca, mojego dziadka, który dostał po zdaniu matury.
W dniu mojej Komunii po raz pierwszy zauważyłem, że wuj nie ma go na sobie. Na początku pomyślałem, że zwyczajnie zapomniał go założyć. Może zrobił to celowo, obawiając się, że mógłby się zniszczyć, gdy będzie mnie uczył jazdy na rowerze? A może zegarek się popsuł
i oddał go do naprawy? To jedna z wielu rzeczy, o które nie zdążyłem go zapytać.
Tak czy inaczej, od tamtej chwili już nigdy więcej nie widziałem wujka z zegarkiem na ręku.
Kiedy na dworze zrobiło się już zupełnie ciemno, wuj Leon poszedł do osiedlowego sklepu. Takiego spożywczaka, jakich kiedyś było pełno – z drewnianą ladą, znajomą kasjerką i zapachem pieczywa wymieszanym z detergentami. Dziś to już tylko wspomnienie. Sklepy te, jeden po drugim, przegrały walkę z sieciówkami, zdominowanymi przez zielone logo
z uśmiechniętą żabą i zniknęły bezpowrotnie, zostając reliktami minionej epoki.
Byłem przekonany, że wujek zadowolony z osiągniętego celu i kończącego się dnia pójdzie po swój ulubiony, złocisty, chmielowy napój. Ale tak się nie stało. Wrócił z dwiema butelkami czerwonej oranżady, którą wspólnie wypiliśmy siedząc na schodach klatki schodowej bloku,
w którym mieszkałem. To był naprawdę dobry dzień.
Po wizycie u doktora Wąsika wiedziony wspomnieniem z czasów dzieciństwa przechodzę obok rodzinnego domu, w którym obecnie mieszkają moi rodzice. Zastanawiam się, czy ich odwiedzić. Co prawda nie lubię przychodzić bez zapowiedzi, ale ostatnio w jakimś internetowym podcaście, w którego połowie słuchania zasnąłem usłyszałem, że oprócz picia szklanki wody zaraz po przebudzeniu, codziennego rozciągania się i pozytywnej afirmacji, warto czasami być spontanicznym. Waham się. Z bliżej niewiadomych mi przyczyn nasuwa mi się pewne wspomnienie.
W bloku, w którym mieszkałem za dzieciaka miałem dwóch sąsiadów. To znaczy miałem ich więcej, ale o tych dwóch chciałem teraz opowiedzieć. Na parterze, tuż pod nami mieszkał pan Staś, a na trzecim piętrze pan Kazik. Obaj byli samotni. Pan Staś miał kiedyś żonę, ale zmarła już wiele lat temu. Pamiętam ją jak przez mgłę, zdaje się, że była dość pulchną kobietą z rumianymi policzkami. Kiedyś zdaje się, że skrzyczała mnie, gdy piłka wpadła mi na trawnik, na którym posadzone były kwiatki. Pan Kazik zdaje się, że żony nie miał, albo najzwyczajniej w świecie jej nie pamiętam. Mniejsza o to. Obaj panowie delikatnie ujmując nie czuli do siebie estymy. Pan Kazik mówił, że pan Staś to stary komuch, który kradł za PRL
i pewnie kradnie do dziś. A jak nawet nie kradnie to tylko dlatego, że już się nakradł wystarczająco. Pan Staś z kolei mówił, że pan Kazik jest starym nieudacznikiem, który ma żal, bo nie umiał się odnaleźć przy przemianie ustrojowej, a jedyne co mu wychodziło to protestowanie w ramach „Solidarności” i chwalenie się internowaniem. Który z nich miał rację? Czy rację mieli obaj, czy żaden z nich? Tego nie wiem.
Czy się pogodzili? Tego też nie wiem, ale pamiętam, że gdy byłem już dorosły i czasami odwiedzałem rodziców, to widywałem ich obu siedzących na jednej ławce i rozmawiających na różne tematy. Być może z czasem spór nieco zelżał i doszło do zgody? Tak czy inaczej wydaje mi się, że w starszym wieku już sama rozmowa z nielubianą osobą jest swoistym aktem pojednania.
Rozmyślam się w kwestii odwiedzenia rodziców. Może innym razem. Wracam do domu. Odpalam telewizor, żeby pustkę mieszkania wypełniły znajome dźwięki. Unikam tylko programów informacyjnych. Przeraża mnie natłok negatywnych wiadomości docierających
z tych audycji. Mam już dosyć straszenia mnie brakiem wody, globalnym ociepleniem,
III wojną światową, czy widmem kolejnej epidemii.
Mam wrażenie, że i bez tego moje życie jest wystarczająco trudne.
Kiedyś jeden polityk mnie zapytał, jakiej przyszłości oczekuję? To znaczy zapytał nie tylko mnie, ale zwrócił się w liczbie mnogiej do potencjalnych wyborców. No i nie zapytał osobiście, ale z ekranu telewizora za co jestem mu bardzo wdzięczny. Być może na tyle wdzięczny, że na niego zagłosuję w najbliższych wyborach, choć nie wiem kim jest i jaki ma program. Zakładam, że gdyby spytał mnie o to indywidualnie, to najpierw spalił bym buraka
w świetle telewizyjnych kamer, a potem odpowiedział coś głupiego, co nie miałoby większego sensu, o ile w ogóle byłbym w stanie coś z siebie wykrztusić. Potem by zadzwonił mój telefon. Przez moment łudziłbym się, że to dzwoni ktoś znajomy lub z rodziny, żeby pogratulować mi występu w telewizji, ale okazałoby się, że dzwoni moja mama, żeby mi powiedzieć, że niezależnie co powiedziałem, to źle ubrałem się do telewizji. Pewnie zresztą by miała rację. Moją szafę z pewnością wypadałoby przewietrzyć dosłownie i w przenośni. Sam nie pamiętam, kiedy ostatnio coś nowego kupiłem. Chyba nawet nie dlatego, że odzież jest szczególnie droga, ale dlatego, że nie specjalnie mi na tym zależy.
Najtrudniejsze są wieczory. Wtedy umysł pracuje jakoś inaczej. Z trybu codziennego przetrwania przełącza się w tryb nostalgii zmieszanej z melancholią. Poza tym, odkąd przeszedłem na dietę zatraciłem jedną z dwóch największych przyjemności w moim życiu. Zostało mi tylko spanie.
Czasami się zastanawiam, po co właściwie się urodziłem. Czy, żeby moi rodzice mogli się cieszyć z narodzin dziecka? Być może, choć nie sądzę, żeby byli ze mnie jakoś szczególnie dumni. Czy dla samego siebie? W to jeszcze trudniej mi uwierzyć. Wykonuję pracę, którą mógłby wykonać każdy inny, a myślę, że z czasem którą będzie wykonywać sztuczna inteligencja. No nic na tym kończę, bo nie chcę Was już dłużej zanudzać. Idę zrobić jajecznicę na kolację. Dziś bez pomidorów, bo jednak są za drogie.