Miejsce 1. w XVI Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Szaloma Asza


7 lutego, niedziela

Dziś, jak co niedziela, byłyśmy z mamą w miejskim kościele na południowym nabożeństwie. Pastor Schammer podczas kazania mówił, że tylko w naszej ewangelickiej wierze możemy mieć pewność, że dostąpimy zbawienia. Pewnie tak jest, bo pastor, jak mówi mama, to mądry i pobożny człowiek. Gdzie mi więc z moim małym rozumkiem 15-latki do jego wiedzy. Ale czasami jednak tak sobie myślę (a może nie powinnam nawet tak myśleć?), że przecież nie może być tak, by miłujący wszystkich Bóg chciał zbawić tylko niektórych. I nie chodzi mi o jakichś szczególnie zatwardziałych zbrodniarzy, bo rozumiem, że takich czeka wieczne potępienie. Ale myślę o wielu dobrych albo nawet tylko przeciętnych ludziach, takich jakich znam ze szkoły czy choćby z naszej Blumenstrasse. Bo przecież wielu z nich, jak na przykład moja szkolna przyjaciółka Lisa czy choćby pani Senkowski, nasza sąsiadka z naprzeciwka, nie należą do naszej religii. Lisa jest przecież Żydówką i chodzi do synagogi, a pani Senkowski jest katoliczką. Poza tym w Schneidemühl1, oprócz nas, katolików i Żydów, mamy jeszcze staroluteran, baptystów i wyznawców Kościoła Syjonu2.I – jak mówiłam – są to, jak ich znam, tacy sami ludzie, jak na przykład ja i moja mama. No może niektórzy z nich są od nas trochę zamożniejsi lub trochę biedniejsi. Ale w gruncie rzeczy to zwyczajni, przeciętni ludzie. Tacy sami jak my. Dlaczego wiec Bóg nie chciałby ich zbawienia? Bo nie są ewangelikami tak, jak ja, moja mama i pastor Schammer? Więc wydaje mi się, że to nie powinno być tak, że tylko jedna religia jest słuszna, ale że słuszne są wszystkie religie, a już na pewno takie, które głoszą mądre i dobre rzeczy. Bo to, czy jesteśmy akurat ewangelikami, katolikami czy Żydami, może wynikać tylko z przypadku. To znaczy z tego, w jakiej rodzinie akurat się urodziliśmy i w jakiej religii nas wychowano. Bo wydaje mi się, że religię, podobnie jak na przykład majątek, dziedziczymy po naszych dziadkach i rodzicach.

Oczywiście to są tylko takie moje przemyślenia, bo przecież ja nie mam takiej wiedzy, jak nasz pastor. Mogę więc nie mieć zupełnie racji, zwłaszcza że, jak mówi mama, nasz kobiecy umysł z natury nie jest w stanie nigdy do końca pojąć zawiłości wiary. Pewnie tak właśnie jest, ale coś mi mówi, że może być też troszeczkę inaczej. Inna sprawa, że te moje dziwne myśli mogą wynikać z tego, że mieszkam akurat w Schneidemühl, mieście, w którym obok siebie jest tyle różnych religii.

18 lutego, czwartek

Po południu na Alte Bahnhoffstrasse widziałyśmy z Lisą, jak nasi żołnierze pod bronią prowadzili z dworca kilkuset rosyjskich jeńców. Ludzie zgromadzeni na chodnikach, tak jak i my, przyglądali się im w milczeniu. Większość z tych jeńców, pożal się Boże, prezentowała istny obraz nędzy i rozpaczy: wlekli się brudni, nieogoleni, brodaci, w poszarpanych i dziurawych ni to płaszczach, ni to sukmanach. Większość z nich nie miała butów. Niektórzy nogi mieli obwiązane jakimiś szmatami lub tylko otulone słomą obwiązaną sznurkiem. Zdecydowanie lepiej wyglądali ich oficerowie, bo mieli w miarę całe mundury, jak i długie, siegające za łydki skórzane kozaki. Ale tych zwykłych obdartych żołnierzy było zdecydowanie więcej.

Prowadzono ich do obozu, który jest na końcu miasta. A że to już bodajże piąty czy szósty taki transport w ostatnich dwóch miesiącach, to – jak mówi mama – w naszym Schneidemühl ceny wszystkiego, a zwłaszcza żywności, znowu pójdą w górę. Bo cały ten obóz będzie potrzebował przecież mnóstwa jedzenia3.

5 marca, piątek

Czy ja już to opowiadałam? Dziadek Lisy, a było to wiele lat przed przed ślubem jej rodziców, zmienił swoje nazwisko. Wcześniej nazywał się Schmuel. No więc, jak mi opowiadała Lisa, by zmienić nazwisko, wystąpił ze stosownym wnioskiem do Urzędu Rejencji. Opisał w nim, że już jego przodkowie używali formy nazwiska Schmuel-Goetze i niedługo potem otrzymał zgodę na zmianę nazwiska na Goetze. I gdy wydawało się, że jest już po sprawie, krótko potem niespodziewanie jakiś inny Goetze z naszego szacownego Schneidemühl złożył do tego samego urzędu wniosek przeciwny o cofnięcie tamtej zgody. Otóż ten “prawdziwy Goetze” (bo tak się określił) uznał, że dziadek Lisy (wtedy jeszcze Samuel Schmuel) nie jest godzien nosić nowego nazwiska, jako że jest Żydem, a po wtóre zmieniając nazwisko, chce ukryć swoje żydowskie pochodzenie i tym samym niejako podstępnie wkraść się w szeregi prawdziwych Niemców. Sprawa była podobno wtedy bardzo głośna i otarła się aż o ministerstwo w Berlinie, gdzie jednak ostatecznie rozstrzygnięto ten osobliwy spór na korzyść dziadka Lisy. Tym samym rodzina Lisy, a później i ona sama mogą pełnoprawnie używać obecnego nazwiska. Słowem – są oni świetnym przykładem całkiem zasymilowanych Żydów. Takich zresztą jest w naszym mieście więcej. Jak mówi Lisa, jej dziadek zrobił to z szacunku i przywiązania do niemieckiej kultury, której od dawna czuł się częścią. Co ciekawe- jedno nie zaprzecza drugiemu. To znaczy z jednej strony ci dawni Schmuelowie, a dziś Goetze’owie, nadal w każdy szabat chodzą do synagogi, a z drugiej strony są nieodłączną częścią naszego miasta: prowadzą sklep, ubierają się jak my, mówią nienagannym niemieckim. Słowem – w niczym już nie przypominają typowych, jak mówiła o nich Lisa, „starozakonnych” Żydów, jakich kiedyś widziałyśmy obie na naszym dworcu. Takich w bardzo długich płaszczach, z bardzo długimi brodami, kręconymi pejsami i w takich małych czapeczkach na głowach. Jak pamiętam, Lisa te czapeczki nazwała „myckami”.

Ach, zapomniałabym dodać. Podobno rodzina Lisy i tamci „prawdziwi” Goetze’owie do dziś, a więc już dobrze ponad trzydzieści lat, nie rozmawiają ze sobą.

9 marca, wtorek

Pan Schlück, nasz nauczyciel historii, uchodzi w szkole, poza dyrektorem oczywiście, za największego patriotę. To on przygotowuje zawsze najnowsze informacje o naszych zwycięstwach na froncie, on też odpowiada za sprzedaż gwoździ na nasz szkolny żelazny krzyż4. A na lekcjach ciągle nam powtarza, że obowiązkiem każdego Niemca jest walczyć za naszego cesarza, a w razie konieczności nawet za niego umrzeć. W efekcie większość dziewczyn z mojej, a także i z innych klas, marzy o tym, żeby wstąpić do wojska i wyruszyć na front. Ale że nie są chłopakami, to co najwyżej mogą kiedyś zostać sanitariuszkami. Na razie jesteśmy na to za młode, ale niektóre z nas, jak Greta Welz czy Ruth Liebenow, nie mogą się już tego doczekać. Mnie to jednak nie ciągnie. Ja jeśli już, to wolałabym kiedyś zostać nauczycielką albo nawet pisarką. Najlepiej jedną i drugą jednocześnie.

13 marca, sobota

Jestem zmęczona, bo po powrocie ze szkoły jak w każdą sobotę wysprzątałam, wymyłam i wypastowałam wszystkie podłogi. Słowem – całe mieszkanie aż lśni od czystości, a jeśli nawet gdzieś nie lśni, to na pewno wszędzie jest schludnie i czysto. Muszę przyznać, że nawet cieszą mnie te domowe obowiązki, bo choć zabiera mi to zawsze jedno całe popołudnie, to mogę tym samym trochę odciążyć mamę. Z drugiej strony jako ewnageliczka spełniam tym samym swój religijny obowiązek, bo jak mówi mama, kto dba o czystość i porządek w swoim domu, ten potwierdza, że Najwyższy wybrał go do grona zbawionych.

14 kwietnia, środa

Byłam dziś na grobie ojca. Później zajrzałam też na inne części cmentarza. Także na ten najmniejszy, gdzie pochowani są wyznawcy tego polskiego księdza, co to teraz ich dawny kościół przy Alten Markt przejęli staroluteranie. Grobów tam niewiele i prawie wszystkie są zapuszczone. Widać ze śmiercią ich przywódcy i samo wyznanie odeszło w zapomnienie. Ostatni grób, jak dobrze odczytałam, pochodzi sprzed piętnastu lat. To oznaczałoby, że w naszym mieście nie ma już wyznawców tego księdza albo jeśli jeszcze ktoś żyje, to wrócił do swojego poprzedniego wyznania i został lub zostanie pochowany w naszej ewangelickiej lub katolickiej części cmentarza.

Grób samego Johannesa Czerskiego5 nadal jednak jest. Ale też, jak inne, jest zaniedbany. Stojąc nad nim, zastanawiałam się przez chwilę nad losem tego, co by nie powiedzieć, niezwyczajnego człowieka. Bo z tego, co kiedyś słyszałam, to był Polak, katolicki ksiądz, którego przeklęli swoi, gdy zerwał z katolicyzmem i założył swoją własną religię. Wyznawców znalazł głównie wśród naszych byłych katolików, których uwiódł ideą, że nie powinni podlegać władzy papieża. Czyli, jak dobrze to zrozumiałam, był kimś w rodzaju nowego Lutra, bo nie tylko chciał wyjąć wiernych spod władzy papieża, ale też – jak mówiła kiedyś pani Senkowski – wziął ślub z jakąś swoją krewną. Bo u katolików duchowni nie mogą się żenić, a jeśli coś takiego się zdarzy, to jest to coś, co skazuje takiego duchownego na powszechną pogardę. Ale podobno poszło też o sprawy ściśle religijne. To znaczy, z tego, co pamiętam, o dogmat czyśćca.

15 kwietnia, czwartek

Dziś, jako że zaszła do nas sąsiadka, skorzystałam z okazji i zapytałam ją, o co chodzi z tym czyśćcem.

– To, moje dziecko – pani Senkowski usiadła na krześle – miejsce, gdzie dusza po śmierci czeka na wejście do nieba.

– Taka poczekalnia? – dopytałam.

– Tak, coś w tym rodzaju – przytaknęła sąsiadka – bo musisz wiedzieć, że w naszej katolickiej religii wierzymy, że oprócz nieba i piekła jest też miejsce pośrednie dla lżejszych grzeszników. O ile niebo jest dla świętych, a piekło dla zatwardziałych grzeszników, to dla zwykłych, ale pobożnych ludzi, takich na przykład jak ja – mówiąc to pani Senkowski wzniosła wzrok ku sufitowi naszej kuchni i pobożnie się przeżegnała – jest właśnie czyściec. No bo przecież każdemu z nas zdarzy się jakimś drobiazgiem zgrzeszyć, ale też żyjąc zgodnie z Bożymi przykazaniami, nie grzeszymy przecież wielkimi zbrodniami, żeby zaraz na zawsze iść do piekła.

Spodobał mi się ten czyściec. Pomyślałam nawet, że ze strony Stwórcy taki czyściec to byłby niegłupi pomysł. Byłaby to więc taka poczekalnia, gdzie lżejsi grzesznicy czekaliby na ostateczne darowanie swoich win. Po wyjściu sąsiadki spytałam więc mamę, co ona o tym sądzi.

– O czym? – spytała mama, krojąc wojenny chleb6.

– No o tym czyśćcu.

– A, o tym. To, córuniu, skomplikowana sprawa i, jeśli mam być szczera, to nie na nasze kobiece umysły. Ale musisz wiedzieć, że ten czyściec to coś, co sprzeciwia się naszej religii.

– Czemu? – spytałam.

– Bo to taka pozostałość po sprzedaży odpustów, której sprzeciwiał się kiedyś Luter.

– Czyli?

– Czyli pobieraniu pieniędzy za obietnicę skrócenia oczekiwania w czyśćcu na dostanie się do nieba. Bo katolicy, i nasi, i ci polscy, naiwnie nadal wierzą, że gdy za pieniądze zamówią mszę za zmarłych, to oni szybciej trafią do nieba. Tak jakby pieniędzmi można było przekupić Najwyższego. A z takimi właśnie praktykami walczył kiedyś założyciel naszej świętej religii.

– Szkoda – odparłam rozczarowana, bo idea czyśćca przypadła mi do gustu.

– Mamo – po dłuższej chwili odezwałam się znowu. – A gdyby zrobić tak, że byłby i czyściec, i nie byłoby pobierania pieniędzy za nabożeństwa?

– Czyli jak? – mama spojrzała na mnie z nieukrywanym rozbawieniem.

– No na przykład tak, że byłby czyściec, ale pobyt w nim mogłyby skrócić tylko osobiste modlitwy krewnych. Bez pieniędzy dla duchownych. Wtedy wszystko chyba bardziej podobałoby się Bogu, bo takie modlitwy byłyby niewątpliwie dowodem miłości żyjących w stosunku do zmarłych. Tym samym nie byłoby już sprzeczności między czyśćcem a tym, czego domagał się Luter. Nie byłoby możliwości kupowania za pieniądze miejsca w niebie.

– Hm – mama pocałowała mnie w czoło – ty naprawdę masz dobre serduszko.

12 maja, środa

A to ci historia. Dzisiaj mieliśmy zadane przynieść na lekcję geometrii własnoręcznie zrobioną z kartonu figurę geometryczną. Pani Vetter dała nam wolną rękę w kwestii tego, jaka to będzie figura. Ja, jako że długo nie mogłam się zdecydować, czy zrobić bryłę stożka czy sześcianu, ostatecznie zrobiłam obie. I obie wzięłam do szkoły. Jak mi się później przez chwilę wydawało, był to szczęśliwy traf, bo Trudi po prostu zapomniała swojego walca. No więc cała szczęśliwa, że mogę przyjść z pomocą przyjaciółce, dałam jej swój sześcian. Obie zresztą dostałyśmy od pani Vetter po piątce. I byłoby wszystko w porządku, gdyby nie to, że jakoś tak w połowie lekcji, a było to już po wystawieniu ocen za nasze prace, ostrożnie uchyliły się drzwi od naszej klasy i ukazała się w nich, nie inaczej, tylko pani Schultz, mama Trudi, by… donieść zapomniany przez córkę jej kartonowy walec. Tym samym, chcąc nie chcąc, wszystko się wydało i obie, Trudi i ja, dostałyśmy nagany za oszukanie nauczycielki.

Nie ma co, ja to mam w życiu jakieś dziwne szczęście. Nawet jak chcę zrobić coś dobrego (bo obstaję przy tym, że pomoc przyjaciółce była jednak z mojej strony dobrym uczynkiem), to i tak obraca się to przeciw mnie. A tak przy okazji: ciekawe, czy – jeśli kiedyś okaże się jednak, że czyściec istnieje – będę musiała to dzisiejsze zdarzenie okupić jako grzeszny występek dłuższym oczekiwaniem na wejście do nieba? A może wręcz przeciwnie – jako szlachetny gest z mojej strony moje oczekiwanie zostanie mi w nagrodę skrócone?

18 maja, wtorek

Trudi spytała mnie, czy pójdę z nią dziś po południu na spacer Posenerstrasse, czyli naszą najmodniejszą ulicą, na której można poznać wielu przystojnych oficerów. Takie spacery, odkąd trwa wojna, są wśród naszych uczennic bardzo popularne. Trudi z tego powodu to już się nawet zaczęła malować, ale robi to tylko po szkole, by nie podpaść nauczycielom i żeby nie spotkało jej to, co miesiąc temu Gretę Welz, gdy pani Vetter kazała jej wyjść z klasy i wrócić dopiero po tym, jak zmyje ze swojej twarzy puder. Oczywiście nie pójdę na ten spacer, głównie z tego powodu, że wcale nie chce mi się poznawać tych oficerów. Bo oni, jak mi się wydaje, szukają głównie łatwych znajomości. A po drugie- tak naprawdę nie mam w czym. To znaczy nie miałabym niczego poza swoim szkolnym strojem, no i oczywiście tym niedzielnym. No ale wtedy mama zaczęłaby pytać, gdzie się tak stroję.

4 czerwca, piątek

Dziś na lekcji historii podekscytowany pan Schlück przeczytał nam artykuł z gazety opisujący nasze kolejne zwycięstwo. Tym razem było o tym, jak nasze zeppeliny zbombardowały Londyn7. Przy okazji wywiązała się krótka dyskusja na temat tego, co jest skuteczniejszą bronią w powietrzu: zeppeliny czy samoloty? Trudi, której ojciec pracuje w „Albatrosie”8, obstawała oczywiście przy samolotach, ale pan Schlück, który jest weteranem wojennym, wyjaśnił nam, że owszem, samoloty mogą być przydatne na wojnie, ale że zeppeliny są znacznie skuteczniejsze. Okazało się bowiem, że samoloty mogą unosić się w powietrzu tylko do wysokości 2-3 kilometrów, a zeppeliny nawet dwa razy wyżej. Samoloty też mogą latać tylko na krótsze dystanse, bo muszą co kilka godzin tankować paliwo, a zeppeliny mają za paliwo gaz, który starcza nawet na kilka dni. No i te ostatnie mogą zabrać ze sobą dziesiątki bomb, a samoloty tylko kilkanaście. Co do wyższości sterowców, to zgadzam się z panem Schlückiem, zwłaszcza że są one takie piękne. Tu w Schneidemühl możemy je często podziwiać, gdy tak majestatycznie przelatują nad naszym miastem9. Wyglądają przy tym jak długie srebrne cygara. Martwi mnie tylko jedno: że zrzuca się z nich bomby na zwykłych ludzi. Bo kiedyś wojny toczyły się tylko między żołnierzami i to zazwyczaj gdzieś poza miastami. A w tej wojnie cierpią niewinni ludzie. Bo jeśli my mamy sterowce, to pewnie mają je też Francuzi i Anglicy, a wtedy ich bomby mogą też zlecieć na Berlin albo na nasze Schneidemühl. A nawet, Boże uchowaj, na moją Szkołę Cesarzowej Augusty Wiktorii. Nie, zdecydowanie wojny nie powinny toczyć się w miastach. Albo nawet nie powinno być ich wcale.

23 czerwca, środa

Po południu w drodze powrotnej od cioci Klary na chwilę zaszłam do kościoła Świętych Janów10. Akurat trafiłam na mszę w języku polskim11. Polskiego oczywiście nie znam, wiem tylko, że jest zupełnie inny od naszego. Jakiś taki bardziej, że tak to określę, mglisty. Bo jest zdecydowanie bardziej miękki i jednocześnie jakiś taki szeleszczący. Jakby odbijający swoimi dzwiękami tutejszy krajobraz: szeleszczących leśnych drzew i szemrzących wirów wodnych. Inna sprawa, że nie do końca jest tak, jak przed chwilą napisałam, że nie znam nic w tym języku. W rzeczywistości przecież znam kilka polskich słów, takich jak: kochatz, mienso, schkola. Nasza sąsiadka, pani Senkowski (jej rodzina mówi na nią Maryschka lub jakoś tak podobnie), próbowała kiedyś nauczyć mnie jeszcze kilku innych, ale nie wiem, czy potrafiłabym je poprawnie wymówić. Brzmią tak jakoś dziwnie i śmiesznie zarazem.

2 lipca, piątek

Zdarza się, że gdy ze szkoły12 wracam razem z Lisą, to w okolicach synagogi czasem dołącza do nas jej starszy brat Maks. Dalszą część drogi idziemy wtedy wszyscy razem we trójkę. My opowiadamy Maksowi, co zdarzyło nam się śmiesznego w szkole, a Maks mówi nam, w czym pomagał rabinowi w synagodzie i czego mądrego się nauczył. Czasami zdarza się też, że gdy Lisy na przykład nie ma w szkole, a ja wracam przez Wilhelmplatz13 i spotykam tam Maksa, to dalszą część drogi też wracamy razem. I nie ma w tym wszystkim nic nadzwyczajnego. Tak to po prostu jest w naszym mieście, że dzieciaki sąsiadów z tej samej lub z sąsiednich ulic, jak mają po drodze, to chodzą razem. Okazuje się jednak, że nie wszędzie tak moglibyśmy sobie swobodnie spacerować.

Bo oto, jak mi powiedziała dzisiaj Lisa, jej dalekiego kuzyna, który wraz z rodziną mieszka w Rosji, spotkała za podobny spacer duża nieprzyjemność. Otóż tego 16-letniego Icchaka, bo tak ma na imię ten kuzyn, niedawno wezwał do siebie tamtejszy rabin i kazał się solennie wytłumaczyć ze spaceru z jakąś tam dziewczyną. Rabin dowiedział się bowiem, że ten Icchak któregoś dnia niósł na targ śledzie w towarzystwie, no właśnie, córki mieszkającego naprzeciw folusznika14. Owszem, tłumaczył mu rabin, mógłby to zrobić w towarzystwie na przykład siostry albo w najgorszym razie kuzynki, w żadnym wypadku jednak w towarzystwie niespokrewnionej z nim dziewczyny.

– Czy ty wiesz, Icchaku – grzmiał ten pobożny mąż – kto naszego rodzica, Adama, namówił na sprzeciwienie się zakazowi Najwyższego? I kto doprowadził do jego wygnania z raju?I czy ty, synu, wiesz, kto zdradził Samsona? Czy wiesz, kto był przyczyną tego, że nasz mądry król Salomon zgrzeszył przed Panem? Wszystko to stało się za przyczyną kobiety!

I gdy tenże Icchak stał przed swoim nauczycielem niczym skazaniec na chwilę przed ścięciem, rabin grzmiał dalej:

– Synu mój, rozważ występek, którego się dopuściłeś, i odpowiedz sam sobie, czy możliwe jest, żeby roztropny człowiek wkładał gołą rękę do ogniska i żeby się przy tym nie poparzył. Nie! To zdarzyć się nie może. Tak samo, synu, jest, gdy mężczyzna zadaje się z kobietą, bo zawsze się to dla niego musi źle skończyć.

I po ponadtrzygodzinnym badaniu tegoż „przewinienia” rabin nałożył na Icchaka całkowity zakaz jakiegokolwiek zadawania się nie tylko z ową córką folusznika, ale z jakimikolwiek innymi przedstawicielkami rodzaju żeńskiego z wyjątkiem, rzecz jasna, najbliższych krewnych. Ponadto nakazał mu przez miesiąc w co drugą noc nie spać, a w tym czasie w jesziwie15 studiować Torę. Szczęśliwie wkrótce darowano mu część tej kary, bo chłopak jakiś tydzień później od tego nocnego ślęczenia nad świętymi księgami w nieogrzanym budynku jesziwy nabawił się zapalenia oskrzeli. Odbiło się to podobno też na zdrowiu owej Bogu ducha winnej córce folusznika, która nieświadoma całej sytuacji, a sądząc, że Icchak nią się nadzywczajniej w świecie znudził i znalazł jakąś inną sympatię, popadła w głębokie przygnębienie.

– Jak dobrze – odezwałam się, gdy Lisa skończyła opowiadać tę historię – że wasz rabin nie jest taki wymagający, bo inaczej Maks nie mógłby poza tobą rozmawiać z żadną inną dziewczyną.

– Tak, obecny rabin jest bardzo tolerancyjny. I bardzo mądry, choć i on też nie ma łatwo. Bo – tu Lisa przerwała na chwilę, zastnawiając się, czy powinna mówić dalej – ale, błagam cię, nie mów tego nikomu, no więc on też ma przeciwników, którzy, podobnie jak ci Żydzi w Rosji, chcieliby, abyśmy zbytnio nie spoufalali się z obcymi.

– Z obcymi? Jakimi obcymi?

– No ze wszystkimi, którzy nie są Żydami. Z Niemcami, Polakami, a nawet z tymi z nas, którzy zaprzestali chodzenia do synagogi.

– Ale dlaczego? – spytałam, nie rozumiejąc o czym mówi Lisa.

– Bo to podobno grozi nam, że zapomnimy kim jesteśmy i zagubimy naszą prawdziwą religię.

– Ty też tak uważasz?

– Raczej nie, ale sama nie wiem. Bo zauważyłam, że niektórzy z nas jakby wstydzą się tego, że są Żydami, ale wiem też, że póki będziemy trzymać się naszej wiary, to nic nam się nie stanie.

6 września, poniedziałek

Nie wiem dlaczego, ale nasz katecheta mnie nie lubi. Odkąd pamiętam zawsze tak było. To znaczy tak naprawdę to domyślam się, dlaczego tak jest. Bo zdarza mi się czasem podczas lekcji zadać jakieś pytanie. Tak jak dziś. No więc, gdy tylko skończyliśmy odmawiać Ojcze nasz, nieśmiało spytałam, czy mogę o coś zapytać.

– Vogel, to oczywiście znowu ty – wikary Lange spojrzał na mnie spod okularów. – Pytaj, jeśli musisz.

No to spytałam:

– Proszę wikarego, a o co chodzi w tym fragmencie, gdy mówimy do Najwyższego i nie wódź nas na pokuszenie? Bo – resztę słów dokończyłam już ściszonym głosem, widząc grymas na twarzy katechety – naprawdę tego nie rozumiem.

– I jak zwykle – wycedził przez zęby Lange – tylko ty z całej klasy czegoś nie rozumiesz. Ale nie, mnie swoimi głupawymi uwagami nie wyprowadzisz z równowagi.

I tak znowu dostałam naganę. Tym razem „za bezczelność podczas lekcji”. A przecież ja nie byłam bezczelna. I nie żebym się wymądrzała, ale ja naprawdę chciałam dowiedzieć się, dlaczego dobrego Stwórcę prosimy, żeby nie wodził nas na pokuszenie. Bo niby dlaczego to akurat On miałby nas wodzić na pokuszenie? To nielogiczne. A może w tej modlitwie jest jakiś błąd? Dlatego spytałam.

Na szczęście nie wszyscy nauczyciele są tacy. Inny i to zdecydowanie inny jest na przykład pan Müller, nauczyciel rysunków i historii sztuki. To chyba największy oryginał spośród naszych nauczycieli. Pozwala w czasie lekcji na dyskusje na różne tematy, choć czasami wykorzystujemy to i zagadujemy jego lekcje, żeby uniknąć zadań domowych. Jako że dziś jestem już trochę senna, to opiszę go innym razem.

7 września, wtorek

Z każdym tygodniem jest coraz gorzej z mięsem. O ile jeszcze pół roku temu można było tu i ówdzie kupić kiełbasę czosnkową czy nawet szynkę, to teraz można o tym tylko pomarzyć. Dziś po południu, żeby odciążyć mamę, stałam prawie dwie godziny w kolejce przed tanią jatką16, żeby kupić chociaż trochę koniny, ale nawet i jej zabrakło. To znaczy, jak już zaczęto ją sprzedawać, to po jakiejś półgodzinie wszystko wyprzedano. Mięsa starczyło dla pierwszych 15-20 osób, a ja, jako że byłam chyba czterdziesta, odeszłam z niczym. Po drodze do domu spotkałam Maksa, brata Lisy, który wychodził akurat z synagogi.

– I jak? – spytałam. – Robiłeś dziś coś ciekawego?

– Eee – odparł – dzień jak co dzień. Chociaż – Maks zawiesił na chwilę głos – może coś się u nas zmieni.

– Zmieni?

– No mówi się, – chłopak wyszczerzył zęby w uśmiechu – że być może będziemy mieć organy.

– Organy. To świetnie – ucieszyłam się. – Ja bardzo lubię organy.

– No tak, tylko że – Maks westchnął głęboko – to na razie pomysł rabina i nie wiadomo, czy zgodzą się na to inni członkowie gminy. Bo po pierwsze to byłby spory wydatek, a po drugie to do końca nie wiadomo, czy byłoby to zgodne z naszą wiarą, która dba o to, by nic nie rozpraszało mężczyzn podczas modlitwy.

Zdziwiona spojrzałam na Maksa. Muzyka miałaby rozpraszać podczas modlitwy? Nigdy by mi to nie przyszło do głowy. Brat mojej przyjaciółki jakby przejrzał moje myśli, bo rzekł:

– W niektórych synagogach organy są już od lat, ale to tylko w niektórych miastach. Większość gmin uważa jednak, że to wbrew naszej tradycji, no i że zbyt piękna muzyka może właśnie przeszkadzać w skupieniu na modlitwie. Dlatego te organy to jeszcze nic pewnego.17

10 września, piątek

Muszę o tym koniecznie wspomnieć. Wczoraj byłyśmy z mamą na wojennym ślubie18 siostrzenicy pani Senkowski. Jako że jej wybranek wkrótce ma wyruszyć na front, narzeczeni postanowili przyspieszyć ślub. Choćby dlatego, żeby Anna, gdyby nie daj Boże Albert zginął, miała prawo do wdowej renty.

– I jak, podobało ci się? – spytała mama, gdy wróciłyśmy już do domu.

– Owszem – przytaknęłam. – Tylko nie rozumiem po co ci młodzi musieli w kościele to wszystko tak głośno mówić. Przecież, mamo, to, że się kochają to ich prywatna sprawa. A może ten wikary jest jakiś głuchy?

– Nie, nie jest głuchy, a co do tego, że to ich prywatna sprawa, to się bardzo mylisz.

– Jak to? – spojrzałam na mamę.

– Zaraz ci to wyjaśnię. Powiedz mi tylko, jakim innym zwrotem zastąpiłabyś słowo „ślub”? Pierwsza do głowy przyszła mi „przysięga”.

– Dobrze – pochwaliła mnie mama – przysięga, przyrzeczenie, obietnica. A, jak słyszałaś, oni obiecali sobie trudne rzeczy.

– Trudne? – zdziwiłam się. – Aaa, że się nie opuszczą aż do śmierci… Ale to, mamo, taka regułka. Musieli to wyrecytować, bo inaczej nie dostaliby ślubu. Ale nadal nie wiem, dlaczego tak głośno to mówili.

– Bo – mama stanęła z dzbankiem herbaty pośrodku kuchni – oprócz zapewnień, że się kochają, musieli też publicznie obiecać sobie kilka rzeczy. Mniejsza o to, że będą ze sobą „w szczęściu” i „na dobre”. Musieli też, i to publicznie, przyrzec sobie i Bogu, że nie opuszczą siebie „w chorobie” i w ogóle, gdy będzie źle. A zwłaszcza, gdy między nimi będzie źle.

– Między nimi? Jak to? – spytałam, otwierając drzwiczki od kredensu.

– No na przykład, gdy się sobą znudzą, gdy pojawi się ktoś inny. Bogatszy, inteligentniejszy, a może tylko młodszy czy atrakcyjniejszy.

– Ale, mamo, kto w chwili własnego ślubu myśli o takich rzeczach?

– Masz rację. W czasie ślubu pewnie nikt. Wtedy wszyscy nowożeńcy są przekonani, że ich wzajemna miłość jest najpewniejszą rzeczą na świecie, a te słowa „na złe” ich akurat nigdy nie dotkną. Tyle tylko, zauważ, druga strona tej ceremonii, czyli Kościół, bazując na swojej wielowiekowej mądrości, wie, że nikomu nie będzie dane uniknąć cierpienia. I dlatego w interesie rodziny, którą nowożeńcy zakładają, kazano im publicznie obiecać sobie, że nie opuszczą siebie aż do śmierci.

– Czyli co? – tym razem to ja zatrzymałam się z filiżankami pośrodku kuchni. – Więc to wcale nie było tak optymistyczne wydarzenie, jak się wszystkim wydawało?

– Ależ skąd – zaprzeczyła mama. – Ślub to naprawdę coś pięknego. Tyle tylko, że przysięga, którą składają nowożeńcy, mieści w sobie więcej treści niźli młodzi w chwili ślubu mogą pojąć. Bo, widzisz, gdyby małżeństwo składało się tylko z samych miłych chwil, to rozpoczynałoby się tylko błogosławieństwem na nową drogę życia. A tu, jak widziałaś, wikary kazał im przysiąc kilka rzeczy przy świadkach. To dlatego musieli mówić głośno.

Hm, chyba mama ma w tym, co mówiła, dużo racji. Ale dlaczego mi to mówiła? Czyżby dlatego, że nagle dostrzegła we mnie już nie tyle małą dziewczynkę, ile bardziej młodą kobietę? Jeśli tak, to trochę to dziwne, bo ja nadal lepiej czuję się w skórze, że tak to określę, podlotka niźli kobiety. I to aż tak, że nie wydaje mi się, bym kiedykolwiek miała wyjść za mąż.

13 września, poniedziałek

Dziś, gdy wracając ze szkoły, ja i Lisa, na Posenerstrasse na chwilę zatrzymałyśmy się przed witryną naszej gazety19, żeby dowiedzieć się, co nawego dzieje się na froncie, jakaś starsza kobieta zaczęła komentować, że cała ta wojna, drożyzna i braki towarów w sklepach to wina Żydów.

– To przez nich – mówiła donośnym głosem do stojących obok ludzi – wszystko wciąż drożeje i drożeje. Wszystko przez nich.

– Chodźmy stąd – Lisa odwróciła się na pięcie, po czym szybko ruszyła w kierunku naszej Blumenstrasse. Gdy ją dogoniłam, chwilę szłyśmy w milczeniu. A potem moja przyjaciółka nagle rzekła:

– Słuchaj, a może teraz nie powinniśmy chodzić razem. Przynajmniej przez jakiś czas.

– Mowy nie ma – odparłam bez chwili wahania, bo ani przez chwilę nie przyszło mi do głowy, bym miała przestać pokazywać się z Lisą tylko dlatego, że jest ona Żydówką. I dodałam: – Nie przejmuj się gadaniem jakiejś głupiej kobiety. To na pewno była jakaś wariatka.

Lisy to chyba jednak nie przekonało, bo resztę drogi znowu szłyśmy w milczeniu.

16 września, czwartek

Niesamowity jest ten nasz nauczyciel rysunków. Bo gdy dziś Trudi powiedziała coś w tym rodzaju, że ma niezawodne oko i niezawodną rękę, to pan Müller, i owszem, pochwalił jej pracę, ale zaraz, jak to tylko on ma w swoim zwyczaju, skomentował jej przechwałki. A było to tak.

Nauczyciel wziął do ręki z biurka książkę i kazał nam skupić się na tym, co miało się za chwilę zdarzyć. Powiedział bowiem, że mamy uważnie obserwować, czy jeśli wypuści ją z ręki, to czy ona spadnie na podłogę. I jak powiedział, tak zrobił, a gruba książka z trzaskiem walnęła o deski podłogi.

– I co? Spadła czy nie? – spytał, jakby było o co pytać.

– Oczywiście, że spadła – potwierdziłyśmy jedna za drugą.

– Na pewno? – nauczyciel zaczął się z nami droczyć.

– Ależ spadła. Dałabym głowę, że spadła – wypaliłam. – Przecież widziałam.

– No dobrze, Herta widziała – stwierdził pan Müller. – A pozostałe z was? Też widziałyście?

– Tak, widziałyśmy – poparła mnie cała klasa.

– A ktoś jest innego zdania? – nie ustępował nauczyciel.

Ale wszystkie byłyśmy tego samego zdania: że książka spadła na ziemię.

– No dobrze – odezwał się po chwili nauczyciel. – To powiedzcie mi jeszcze, czy widziałyście kiedyś już zachodzące słońce.

– Oczywiście – potwierdziłyśmy. – I to nie raz.

– No to teraz, proszę, zastanówcie się chwilę: czy czujecie pod nogami, że ziemia się rusza?

– Teraz? – Tak, teraz – potwierdził pan Müller. – Jeśli chcecie możecie wstać, by czuć wyraźnie ruszającą się ziemię – i dodał z przekąsem: – Tylko uważąjcie, żeby się nie przewrócić.

Jak to, czy się ziemia rusza się pod naszymi nogami? Bez zbędnego wstawania, zaprzeczyłyśmy, by tak było. Patrząc jedna na drugą próbowałyśmy jednak odgadnąć, co też ten nasz nauczyciel kombinuje. On jednak nadal uśmiechał się z miną niewiniątka. Po chwili jednak rzekł:

– Chcę tylko, żebyście mi powiedziały, czy możecie polegać na swoich zmysłach. Na swoim wzroku, dotyku.

Trochę zbiło to nas z tropu.

– Bo – kontynuował pan Müller – jak usłyszałem, według was nasze słońce się rusza, a nasza planeta jest nieruchoma. Ciekawe, co na to powiedzieliby Kopernik i Kepler.

– Wcale nie – zaprzeczyła Trudi. – Wcale tak nie powiedziałyśmy.

– Jak to? – zdziwił się nauczyciel. – Przecież same to przed chwilą mówiłyście, że nieraz widziałyście zachodzące słońce… –

… I – dodał, uśmiechając się od ucha do ucha – że nie czujecie, żeby ziemia pod waszymi nogami się ruszała. A nawet – tu rozbawiony spojrzał w moim kierunku – niektóre z was za to, co widzą, gotowe byłyby dać głowę.

Gdy to mówił, zrobiłam się czerwona jak burak i co najmniej przez następną godzinę byłam wściekła na nauczyciela rysunku. Potem jednak mi przeszło. Zrozumiałam, że pan Müller chciał tylko unaocznić nam, że nasze zmysły, zwłaszcza oczy, nie są wcale takie doskonałe, jak się nam wydaje. Inna sprawa, że następnym razem już tak łatwo nie dam za nic swojej głowy. Przynajmniej na lekcjach u pana Müllera. Aha, jak się uda, to zrobię tę samą sztuczkę z książką na mamie. Już widzę, jaką będzie miała minę.

23 września, czwartek

Wczoraj wybuchł pożar w loży masońskiej, która od pół roku była lazaretem dla naszych żołnierzy. W szkołach, w tym i naszej, już ogłoszono zbiórki odzieży, pościeli i wszystkiego, co jest potrzebne w takiej sytuacji. Trudi, która mieszka nieopodal Alten Markt, powiedziała, że spaliło się całe piętro. Dziś po lekcjach poszłyśmy tam we trzy: Trudi, Lisa i ja. I rzeczywiście piętro było nadpalone, a dachu nie było już wcale. W zaczernionych od ognia oknach wisiały resztki nadpalonych okiennic, a niżej na chodniku i ulicy leżały całe góry powyrzucanych i nadpalonych łóżek, kołder, szafek, ubrań. Podobno pożar zajął się od papierosa któregoś z żołnierzy. Szczęśliwie nikt nie zginął, bo rannych zdążono wynieść poza budynek. No ale tym samym loża straciła swoją siedzibę. Przynajmniej na razie. Z czasem pewnie się odbudują, chociaż, o ile wiem, nie wszyscy im są życzliwi. Bo na przykład pani Senkowski mówi o nich, że to bezbożnicy. Mama też chyba nie pochwala tego, że oni mają jakieś osobne święta i obrzędy, podczas których nie wiadomo, co robią. Sama nie wiem, co o tym sądzić, bo z kolei podobno do loży należy pan Müller, a przecież to jeden z naszych najlepszych nauczycieli.

20 października, środa

Ach, zapomniałam wspomnieć, że od kilku dni znowu mamy u nas na kwaterze kolejnego oficera. Tym razem jest to porucznik Ulbers z dywizji, którą przenoszą ze wschodu na front francuski. No więc ten porucznik, który w cywilu jest nauczycielem filozofii gdzieś we Fraustadt20, ma jak na oficera dość osobliwe podejście do wojny. Wydaje się nawet, że jej nie lubi, bo głównie w milczeniu pali fajkę, czyta jakieś grube książki, a jeśli już się odezwie, to w sposób, który nic a nic nie przypomina zachwytów nad wojną, jakimi żyje większość moich nauczycieli.

Wczoraj na przykład, gdy w naszej kuchni robił sobie kanapkę z serem (bo on w ogóle nie jada mięsa), a ja przecierałam swoje załzawione od krojenia cebuli oczy, rzucił dziwną uwagę.

– Ma panienka rację, że tak dba o swoje oczy, choć niestety nie świadczą one dobrze o nas jako gatunku.

Gdy zobaczył zdziwienie na mojej twarzy, dodał:

– Bo wszystkie żyjące na naszej planecie istoty można podzielić na dwa rodzaje. Na drapieżniki i ich ofiary. Ofiary z reguły są tylko roślinożerne. No i mają szeroko rozsunięte oczy. Tak po obu stronach głowy, żeby szybciej zauważyć niebezpieczeństwo i uciekać. Drapieżniki z kolei żywią się głównie mięsem, a oczy mają zsunięte z przodu głowy, żeby wyraźniej widzieć ofiary, na które polują.

I niezrażony moim milczeniem kontynuował:

– A jeśli chodzi o to, o co mnie panienka pytała wczoraj (faktycznie – przedwczoraj spytałam go, ile jeszcze potrwa wojna), to moim zdaniem wojna tak szybko się nie skończy. A jeśli nawet ta się kiedyś skończy, to później będzie kolejna, a po niej następna i następna. I tak bez końca.

Znowu musiałam mieć minę niczego nierozumiejącej gęsi, bo dodał:

– To wszystko przez te oczy, a właściwie przez to, kim jesteśmy z natury.

– To uważa pan – odezwałam się w końcu, żeby nie myślał, że jestem całkowitą niemową – że jesteśmy drapieżnikami?

– To oczywiste. Dlatego jako gatunek będziemy zawsze prowadzić ze sobą jakieś wojny – odparł, po czym zniknął z kanapką w swoim pokoju.

Dziwak, pomyślałam, choć teraz było dla mnie jasne, dlaczego nie jada mięsa. Nie chce zaliczać się do, jak on to powiedział, drapieżników. A przecież musimy jadać mięso, bo jak mówi mama, bez mięsa nie mielibyśmy sił do życia i ciągle byśmy chorowali. Z drugiej strony dał mi ten oficer trochę do myślenia tą uwagą o naszych oczach. Później, zanim się położyłam spać, przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w lusterko. Bo zawsze wydawało mi się, że mam takie ładne duże oczy. A teraz… A teraz sama nie wiem, co mam myśleć. Oj, namieszał mi w głowie ten porucznik Ulbers. Namieszał.

Przypisy

1 Schneidemühl to niemiecka nazwa Piły w latach 1772 – 1945.

2 Protestancki Kościół pozostający poza resztą zjednoczonych Kościołów w Niemczech.

3 Na obrzeżach ówcześnie 28-tysięcznej Piły w latach 1914-1918 znajdowało się kilka obozów, w których przebywało około 45 tysięcy jeńców rosyjskich, angielskich i francuskich.

4 Sprzedaż gwoździ była formą zbiórki pieniędzy na potrzeby toczącej się wojny rozpowszechnioną na terenie całych Niemiec. Gwoździe wbijano na drewniane krzyże, które poźniej z powodu tych gwoździ miały się zmienić w żelazne.

5 Jan Czerski (1813 -1893) – polski ksiądz katolicki, który w 1845 r. po zerwaniu z Kościołem rzymskokatolickim założył w Pile własną gminę wyznaniową, znajdując wyznawców głównie wśród niemieckich katolików.

6 Chleb oznaczany znakiem “K” (Kriegsbrot), wyrabiany z mąki żytniej i kartofli. W 1915 roku sprzedawano go na kartki. Na jedną osobę przypadał na tydzień jeden chleb i 10 bułek.

7 Stało się to nocą z 31 maja na 1 czerwca 1915 roku.

8 W Pile znajdowały się zakłady “Albatros”, w których produkowano myśliwce i bombowce.

9 W Pile stacjonowały również zeppeliny, które brały udział w bombardowaniu Paryża i Londynu.

10 Nieistniejący już najstarszy pilski kościół pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty, w którym ochrzczono m.in. Stanisława Staszica. Obecnie w tym miejscu stoi górujący nad Piłą hotel “Gromada”.

11 W tym kościele za zgodą władz pruskich można było odprawiać rocznie 16 nabożeństw w języku polskim.

12 Letnia przerwa wakacyjna zaczynała się dopiero w drugiej połowie lipca.

13 Przy tym placu mieściła się pilska synagoga.

14 Rzemieślnik zajmujący się przygotowaniem tkanin i czyszczeniem ubrań.

15 Żydowska talmudyczna szkoła przy synagodze.

16 Sklep, w którym sprzedawano mięso gorszej jakości, np. koninę.

17 Pomysł wprowadzenia organów do synagogi w Scheideműhl ostatecznie się nie przyjął. Sama synagoga została zaś zniszczona przez hitlerówców w czasie nocy kryształowej z 9 na 10 listopada 1938 roku.

18 W czasie I wojny światowej w wielu państwach udzielano takich ślubów wg uproszczonej procedury. Zaletą takich małżeństw było to, że wdowom po zabitych żołnierzach państwo gwarantowało zabezpieczenie materialne.

19 Na Posenerstrasse mieściła się redakcja dziennika „Schneidemühler Zeitung”.

20 Obecnie Wschowa (województwo lubuskie).