Wyróżnienie w XVI Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Szaloma Asza


Czyny są domeną ludzi odważnych. Kto to powiedział? Nie mógł sobie przypomnieć.

Usiadł na brzegu pomostu i zaczął majtać nogami tak, że lśniąca, niebieska ważka, która chwilę wcześniej przycupnęła na drewnianej belce, tuż nad taflą wody, odleciała w popłochu. Marcin odprowadził ją wzrokiem, po czym odłożył laptopa na deski. Dziś już chyba nic nie napisze. Obawiał się, że za trzy tygodnie – taki był termin oddania pierwszych rozdziałów kolejnej części bestsellerowego cyklu opowiadającego o przygodach groźnych, ale kochliwych istot pozaziemskich ukrywających się wśród ludzi – będzie musiał rozczarować swojego wydawcę. Praca Marcinowi nie szła, mimo że pozornie wszystko wydawało się jej sprzyjać. W promieniu kilku kilometrów Marcin był zupełnie sam – wszystkie zamieszkałe domostwa w malutkiej, zapomnianej przez Boga i ludzi wsi na Pojezierzu Mazurskim znajdowały się po przeciwnej stronie jeziora, a dwa najbliżej sąsiadujące z działką Marcina domy z drzwiami zabitymi deskami stały opustoszałe od lat.

Marcin westchnął głęboko. Warunki sprzyjające wenie twórczej były tu optymalne, więc nie znajdował żadnego usprawiedliwienia obecnej niemocy. Cisza aż dzwoniła w uszach. Słońce skrywało się co jakiś czas za chmurami, miłosiernie pozwalając na odetchnięcie od upału. Wiał lekki, przyjemny wietrzyk, szeleszcząc przybrzeżnymi pałkami wodnymi. Wzrok Marcina padł na szeroki pieniek pełniący funkcję stolika, gdzie lśniła pusta szklanka po niskoprocentowym mojito wypitym dziesięć minut temu. Przy pracy zawsze towarzyszył mu ten drink – Marcin chociaż w ten sposób mógł oddawać hołd ulubionemu pisarzowi, Ernestowi Hemingwayowi. Bo raczej nie robił tego przy pomocy fabuł pełnych akcji, przemocy i przaśnego humoru, czerpiących z najpopularniejszych wzorców fantastyki naukowej i romansów paranormalnych.

Marcinowi, przynajmniej według jego wydawcy, kiepsko szło tworzenie literatury przez duże „L”. Kilka lat temu oddał się więc wygodnemu przerabianiu w kółko tego samego schematu – zły przybysz z obcej planety zmieniający się pod wpływem miłości Ziemianina/Ziemianki, porzucający niecne plany i odnajdujący szczęście w prostocie codzienności – który, o dziwo, bardzo spodobał się czytelnikom. Już pierwsza część cyklu „Gwiezdne wieże” przyniosła kupę kasy, a Marcin (piszący pod pseudonimem) zyskał opinię pisarza produkującego taśmowo kolejne tomy, które nazywa się w kuluarach „czytadłami” – za każdym razem z jeszcze bardziej wartką akcją i jeszcze mniej ambitne. Wybacz, Erneście. Jeśli czyny są domeną ludzi odważnych, to Marcin czuł się raczej tchó…

Trzask! Myśl tę przerwał ostry dźwięk dochodzący zza drzew porastających brzeg jeziora, nieco na prawo od pomostu, przypominający łamanie suchej gałęzi. Albo strzał z wiatrówki. W dzieciństwie wraz z nieodłącznym przyjacielem z sąsiedniej wsi – kurczę, Marcin nie pamiętał teraz nawet jego imienia – strzelali z wiatrówki jego dziadka do puszek, cegieł i butelek. Raz, wstyd się przyznać, próbowali trafić do kaczki – z nerwów spudłowali. Była to jedna z obowiązkowych zakazanych atrakcji każdego lata – oprócz wkradania się na opuszczoną wieżę widokową po zachodniej stronie jeziora, opasaną łańcuchem i oklejoną szyldami ostrzegającymi, że przebywanie na niej grozi śmiercią lub kalectwem. Chłopców, naturalnie, nie odstraszało to w najmniejszym stopniu.

Marcin otrząsnął się ze wspomnień, stanął na pomoście i osłaniając dłonią oczy od słońca, zawołał trochę zbyt wysokim głosem:

– Jest tam kto? To teren prywatny.

Zrazu odpowiedziała mu cisza, po czym usłyszał młode głosy. Rozpoznał dwa – jeden płaczliwy, należący prawdopodobnie do dziewczynki, drugi chłopięcy. Niewiele myśląc, zeskoczył z pomostu i wszedł między drzewa. Właściwie nie wiedział, co zamierzał – przecież nie będzie ganiał za dokazującymi nad jeziorem dzieciakami, nawet jeśli większość terenu po tej stronie akwenu prawnie należała do niego.

Usłyszał chlipanie i zamarł. Wśród kępy turzycy bagiennej siedziała na oko ośmioletnia dziewczynka i przyciskała do łydki pokrytej zaschniętą strużką krwi papierową chusteczkę. Chłopiec, chyba odrobinę młodszy, początkowo cofnął się na widok Marcina, lecz zaraz zaczął odważnie, panując nad drżeniem głosu:

– Proszę pana, czy może pan pomóc i zadzwonić do taty? Zgubiliśmy się, a Emilka upadła przez korzeń. – Chłopiec wciągnął powietrze do płuc, po czym wskazał palcem w stronę jeziora: – Mieszkamy tam, za wieżą.

Marcin kucnął obok dziewczynki i pobieżnie obejrzał ranę. Nie była głęboka, na szczęście.

– Za wieżą? To niezła wycieczka. Znasz numer do taty?

– Tak, na pamięć. – Chłopiec już pewniejszym głosem wyrecytował numer telefonu komórkowego, po czym dodał: – Tata nazywa się Jakub Sarnecki. A ja jestem Emil.

Marcin poczuł lekkie palpitacje serca. Kuba. Oczywiście, że nazywał się Kuba. Jak mógł zapomnieć? Szybko zwrócił twarz ku chłopcu. Podobieństwo uderzyło go jak grom z jasnego nieba. Chłopczyk miał niebieskie oczy z żółtymi plamkami, jasne, falowane włosy, przypominające strzechę, i zadarty nos. Przed Marcinem stała, wypisz, wymaluj, młodsza wersja Kuby.

Nie było czasu na przetworzenie tych informacji, bo dziewczynka potrzebowała opatrunku. Marcin zapytał, czy może ją podnieść, i uzyskawszy zgodę, wziął dziecko na ręce. Po drodze zgarnął z pomostu laptopa, po czym udał się ku budynkowi letniej kuchni. Upewnił się, że Emil idzie za nimi – chłopiec wprawdzie rzucał co i rusz nieufne spojrzenia spod rzęs, ale grzecznie zamknął korowód.

***

– To na pewno żaden problem? Przepraszam raz jeszcze! Nie wolno im chodzić na tamten brzeg, ale wie pan, jakie są dzieciaki.

W słuchawce telefonu rozbrzmiewał głos Kuby, teraz już spokojny, lecz wciąż zupełnie nieprzypominający tego, który Marcin zapamiętał z dzieciństwa. Był to melodyjny głos mężczyzny pewnego siebie, lecz nie aroganckiego. Marcin usiłował zapanować nad szybkim biciem serca, gdy jednocześnie odpowiadał:

– Żaden problem. I tak skończyłem pisać na dziś. Będziemy za dziesięć minut.

– Świetnie, bardzo dziękuję! To czekam przy wieży… Zna pan wieżę?

Marcin ścisnął mocniej słuchawkę w dłoni.

– Oczywiście, któż jej nie zna? Proszę się nie martwić, do zobaczenia.

Oddał zupełnie mokry od potu telefon Emilowi, który chciał porozmawiać z tatą, po czym odwrócił się do otwartego okna, wytarł ręce o materiał płóciennych szortów i wciągnął do płuc gorące powietrze. Czuł drżenie w ciele. Szaleństwo. Stchórzył – przedstawił się pseudonimem literackim i nie wspomniał, że znają się z dzieciństwa. Zresztą czy Kuba by go w ogóle kojarzył? Minęło dwadzieścia lat. Szmat czasu.

A wieża? Dobrze ją znał. Co więcej – nagle uświadomił sobie, że świetnie pamiętał wszystko, co się na niej wydarzyło dwie dekady temu.

– Pojedziemy tym starodawnym samochodem? – Emil przerwał rozmyślania Marcina. – Ale super!

Marcin uśmiechnął się i wyszedł z budynku letniej kuchni za chłopcem zachwyconym zabytkowym chevroletem corvette w kolorze ciemnej czerwieni, stojącym w cieniu jabłoni przed garażem. Marcin zawsze marzył o takim aucie. Dwa lata temu, po kasowym sukcesie trzeciej części „Wież”, kupił samochód od dealera z Warszawy. Przepłacił, ale co tam.

Zapakował dzieciaki do środka, nakazał zapiąć pasy i wycofał auto na żwirową drogę. Za chwilę zobaczy Kubę. Czy miał jakiś plan? Absolutnie żadnego.

***

Wieża była miejscem, w którym zawsze wydarzało się coś ciekawego – przynajmniej w oczach nastoletniego Marcina spędzającego każde wakacje w położonej nad jeziorem letniej rezydencji swoich rodziców, w której nie działo się absolutnie nic. On i Kuba, jego najbliższy przyjaciel mieszkający we wsi, wdrapywali się na wieżę właściwie każdego dnia – a to, żeby poczytać komiksy, a to, żeby pluć na odległość pestkami od wiśni, a to, żeby pić wykradzione ojcu piwo. Eskapady te miały posmak owocu zakazanego – we wsi mówiono, że wieża w każdej chwili może rozpaść się jak domek z zapałek – a latem roku dziewięćdziesiątego dziewiątego stały się szczególnie zajmujące.

Tego lata bowiem, dokładnie w dniu swoich piętnastych urodzin, czyli trzynastego lipca we wtorek, Marcin zrozumiał, że zakochał się w swoim przyjacielu.

Nie potrafił wskazać dokładnego momentu, kiedy to się stało. Czy zdarzyło się to wtedy, gdy włoski na karku stanęły Marcinowi dęba, gdy Kuba przepychał się obok niego w drodze na wieżę, dzierżąc puszkę piwa EB w dłoni i dotykając przypadkowo, raz za razem, jego ramienia? Czy wtedy, gdy poczuł walenie serca w reakcji na to, jak Kuba roześmiał się perliście, słuchając jakiejś zabawnej historii opowiadanej przy ognisku? A może wtedy, gdy zaczął darzyć silną atencją mięśnie igrające Kubie pod skórą, gdy ten podciągał się – nie bez trudu – na ugiętych rękach, wykorzystując jedną z belek umieszczonych poziomo tuż pod dachem wieży?

Marcin pamiętał okropny tydzień po urodzinach, kiedy bił się z myślami, co z tym fantem zrobić. Z jednej strony był przeszczęśliwy, mogąc bezwstydnie patrzeć Kubie w oczy, ciągać go po przyjacielsku za skołtunione, jasne włosy i dotykać jego ramienia, biegnąc na szczyt wieży. Z drugiej czuł, że to nie w porządku – powinien przecież być szczery wobec przyjaciela – ale bardzo się bał.

O sobocie siedemnastego lipca do dzisiaj Marcin nie był w stanie myśleć bez poczucia sromotnej porażki. Ten wieczór był chłodniejszy niż poprzednie, bo lipcowy upał na chwilę odpuścił. Mimo to Marcin pocił się jak nigdy w życiu. Chłopcy znajdowali się na szczycie wieży, z którego rozciągał się nieziemski widok na taflę jeziora i znikające pod nią słońce. Właśnie skończyli grać w kapsle. Kuba wygrał – Marcinowi z nerwów za bardzo drżały ręce, aby mógł celnie pstrykać – i teraz z triumfującym półuśmiechem zgarniał kapsle do pudełka po margarynie. Gdy skończył, usiadł po turecku, opierając plecy o spróchniałe deski. Marcin za to wstał z podłogi i zaczął szybko chodzić w tę i we w tę. Kuba zagaił, widząc nerwowość przyjaciela:

– Ograłem cię jak nigdy. Co ci jest?

Marcin zatrzymał się, spojrzał na jezioro, potem na las, a na końcu przykucnął przy barierce na piętach i przeciągnął dłonią po twarzy. Kuba nie spuszczał go z oka.

Marcin zaczął powoli, jąkając się. Nie spojrzał na Kubę ani razu – wychwycił tylko kątem oka, że ten, podczas jego przemowy, od czasu do czasu poruszał się niespokojnie i wciskał głębiej w kąt, jakby chciał zniknąć z pola widzenia. Zaczął więc mówić szybciej. Bał się ciszy i tego, co mogło po niej nastąpić. Kuba skubał nitki wystające z nogawki lnianych spodenek, jednocześnie przesuwając trampkiem samotny kapsel od piwa po podłodze. Marcin wyrzucił to, co leżało mu na wątrobie, i w oczekiwaniu na to, co miało się zdarzyć, zagryzł wargę do bólu.

Kuba, niewiele myśląc, zerwał się na równe nogi. Marcin również podniósł się z podłogi. Kuba zwrócił się czerwoną – z wściekłości? zażenowania? – twarzą w kierunku przyjaciela i uderzył go w szczękę zwiniętą dłonią. Zrobił to jednak dość lekko – tak, jakby zabrakło mu przekonania. Rozłożył bolącą pięść, strzepnął rękę w powietrzu i syknął:

– Odbiło ci? Po co tak gadasz?

Marcin pochylił się do przodu, unikając przeszywającego wzroku Kuby i trzymając dłoń przy obolałej twarzy.

– Nie wiem. Przepraszam. Nie wiem, po co.

Kuba odwrócił się tyłem do Marcina, tak żeby ten nie zauważył bolesnego wyrazu jego twarzy. Zamknął szczelnie oczy i nacisnął wskazującymi palcami na skronie. Odetchnął przyjemną bryzą, oparł się mocniej biodrami o drewnianą barierkę i na jednym wydechu wyrzucił w stronę zachodzącego słońca:

– Nie chcę cię znać. Nie przychodź do mnie więcej. Nie przychodź na tę stronę jeziora w ogóle! Wszystko popsułeś…

W międzyczasie znowu zwrócił się twarzą do Marcina. Ostatnie zdanie wycedził przez zaciśnięte zęby lekko łamiącym się głosem, patrząc mu w oczy tak, że ten poczuł specyficzny prąd w całym ciele i wiedział, że przyjaciel nie do końca mówił to, co naprawdę myślał. Stali naprzeciw siebie dobrą minutę, mierząc się wzrokiem. Kuba odjął palce od skroni i bezwiednie rozchylił wargi – niewiele myśląc, Marcin, wykorzystując resztki odwagi, przysunął się i wciągnął do płuc słodki zapach przyjaciela. Wydawało mu się, że zaraz zemdleje i wypadnie przez barierkę z ostatniego piętra wieży, roztrzaskując się przy kępie pokrzyw, ale nic takiego się nie stało. Kuba delikatnie złapał stojącego przed nim Marcina za szczękę – za miejsce, które przed chwilą uderzył, po czym wbił mu paznokcie w skórę i cicho powiedział coś, co, niestety, zagłuszył krzyk lecącej nisko nad lasem dzikiej kaczki.

Następnie przesunął dłonią po pokrytym lichym zarostem policzku przyjaciela w sposób brutalny, ale jednocześnie niezwykle czuły – trwało to ułamek sekundy, ale zostało z Marcinem na zawsze – po czym szybko zbiegł schodami w dół, po dwa stopnie naraz.

Tego dnia byli razem na wieży po raz ostatni.

***

Emil pochylił się w kierunku szyby i wyrzucił z siebie z prędkością karabinu maszynowego:

– To samochód taty! Proszę pana, a możemy jutro przejechać się jeszcze raz? Pana samochód tak śmiesznie pipczy. Dobrze? To do widzenia!

Nie czekając na odpowiedź, chłopiec wyskoczył z auta i pobiegł w stronę zaparkowanego kilkadziesiąt metrów dalej, przy skraju lasu, granatowego peugeota. Dziewczynka również pożegnała się z Marcinem i poszła w ślady brata.

Co teraz? Może po prostu odjechać bez słowa? Kuszące. Marcin wyłączył silnik i wytarł dłonie o materiał fotela kierowcy. Ugryzł się w policzek, by zapanować nad zdenerwowaniem, po czym wsunął głębiej okulary przeciwsłoneczne na nasadę nosa i wysiadł z samochodu. Nie zamknął jednak drzwi na wypadek, gdyby chciał się prędko ewakuować.

Pierwsze, co dostrzegł, to fakt, że jasne włosy Kuby były teraz krótko przystrzyżone i odrobinę przerzedzone. Marcin prześlizgnął się wzrokiem po sylwetce wysokiego mężczyzny ubranego w kremową lnianą koszulę, w którym bez cienia wątpliwości rozpoznał swojego przyjaciela. Kuba uśmiechnął się szeroko, błyskając zębami, na widok dzieciaków biegnących w jego stronę, po czym kucnął i przytulił je krótko do piersi. Marcin ruszył w ich stronę, aby po chwili zatrzymać się. Przyśpieszone bicie serca sparaliżowało go. Musiał kilkukrotnie wciągnąć do płuc powietrze i przypomnieć sobie, że czyny są domeną ludzi odważnych, aby zmusić nogi do poruszenia się.

Dzieciaki wgramoliły się do samochodu ojca, by otworzyć zostawioną na tylnym siedzeniu paczkę herbatników, a Kuba zabronił im zjeść więcej niż dwa ciastka, żeby nie straciły apetytu przed kolacją. Potem energicznie zaczął iść w kierunku mężczyzny, który przywiózł jego pociechy i – lekko podniesionym głosem, w końcu dzieliło ich kilkanaście metrów – dziękować mu za pomoc oraz ponownie przepraszać za kłopot.

Marcin przystanął w połowie drogi. Poczuł się tak, jakby miał piętnaście lat, a Kuba za chwilę miał podbiec, szturchnąć go w ramię i, mijając prędko niczym wiatr, zawołać, że kto ostatni dotrze do jeziora, ten palant.

Nie minęło pięć sekund, a przyjaciel już stał przed nim. Marcinowi przeszło przez myśl, że Kuba zawsze był o wiele szybszy od niego. Teraz był też wyższy. I chyba nie miał na brzuchu grama tłuszczu. Uświadomił sobie też, że obaj skryli twarze za okularami – nie potrafił więc ocenić, czy przyjaciel go rozpoznał. Nagle, znajdując w sobie odwagę, postanowił zdjąć okulary. Stali w cieniu, nie potrzebował ich. Nie potrzebował ochrony.

W tym samym momencie Kuba zrobił to samo. Przesunął okulary na czubek głowy i, początkowo nie patrząc na przyjaciela, rzucił w kierunku jakiegoś drzewa, jednocześnie gniotąc w ręku brzeg koszuli:

– W każdej twojej książce ktoś spada z tej gwiezdnej wieży. Albo kogoś z niej zrzucają. O co w tym chodzi?

Marcinowi zaszumiało w głowie. Kuba, kończąc pytanie, oderwał wzrok od lasu i przytomnie spoczął nim na twarzy zszokowanego przyjaciela, który otworzył usta i uformował je w kształt litery O. Na ten widok Kuba wygiął kącik ust w charakterystycznym dla siebie półuśmiechu. Zdawało się, że czas się cofnął. Albo niczego nie zmienił. Mężczyźni stali naprzeciw siebie tak, jakby dwadzieścia lat nie miało większego znaczenia, a ich całe życie było jeszcze przed nimi. Z pewnością tak właśnie było.

Kuba poskrobał się paznokciem po skroni, postąpił o krok i, wciąż się uśmiechając, kontynuował, obserwując, jak Marcin zamyka usta i przełyka ślinę:

– Z całym szacunkiem dla twojego warsztatu pisarskiego, ale chyba na wieży mogą się dziać również inne rzeczy.

Naraz usłyszeli krzyk lecącej nad lasem kaczki, który tym razem niczego nie zagłuszył.